Z racji zboczenia zawodowego dla mnie wszelkie instrumenty,
które pomagają mi szybko uzyskać, ale też opublikować informację – są
zbawienne. W tym względzie w naszych czasach, kiedy jak czytam, kreda ma już ze
szkół zniknąć na zawsze, jeszcze nie czuję się do końca nieswojo. Jeszcze
wykorzystuję dobra technologii.
Zanim nadejdzie czas, kiedy moi synowie, albo ich synowie
(córki może) będą mi tłumaczyć cierpliwie coś tak skomplikowanego, jak dzisiaj
dla mojej Mamy obsługa excela, czy umieszczenie wszystkich kont mailowych w
jednym programie, już teraz dostrzegam niebezpieczeństwa.
Dzisiaj informacje gotujemy w jednym, olbrzymim worze. Nie
ma już żelaznego podziału na tych, którzy je kreują i tych, którzy odbierają.
Sprzężenie zwrotne też się pomieszało. Łowiąc zaś z gara coraz częściej trzeba
mieć na uwadze, że na końcu wędki możemy zobaczyć zamiast najmniejszej nawet
ryby, chociażby skarpetę, o kaloszu nie wspominając.
Nie będę chyba musiał z pochodnią chodzić, by znaleźć
zwolenników hipotezy, jakoby zła informacja, to znaczy opacznie lub tylko
częściowo zrozumiała może przynieść więcej szkody niż milczenie na dany temat
zupełne. Przykładem takiego mojego rozumowania,
jakby jego podporą, są krótkie, niekiedy wręcz lakoniczne relacje z głodówek,
które co najmniej raz do roku na własnym organizmie przeprowadzam.
Wrzucanie dwóch skromnych ziaren do kotła informacji
przynosi przede wszystkim efekt empatii. Ludzie kibicują, wspierają, dociekają.
Tyle, że obok wszystkich potraw w kotle, pływają też interpretacyjne zioła. I
tu tak naprawdę zaczyna się nasza medialna rzeczywistość. Albo tłumaczymy, albo
milczymy. Albo tłumaczymy, ale wybranym. A innym nie trzeba? Byleby tylko samo
tłumaczenie informacji nie okazało się bardziej czasochłonne od przekazanie
tłumaczonej później informacji. Jeżeli tyczy się to spraw ideologicznych, albo
jeszcze gorzej politycznych, to raczej więcej niż pewne, że potrawą z kotła się
pobrudzimy, jakieś zioła nas oblepią…
Nieco inaczej jest, kiedy informacja ma zdecydowanie
mniejszą wagę, przynajmniej dla szeroko rozumianych odbiorców. Wtedy groźba
kulinarnej katastrofy jest po prostu mniejsza.
Tak jak właśnie z moją głodówką, gdzie akcentuje przede
wszystkim odtrucie organizmu. I jasne, pojawiają się „zioła”: że organizm
wytwarza toksyny, które nie wydzielane na zewnątrz – szkodzą, że człowiek robi
sobie krzywdę, a też że tradycyjna medycyna jest cool i basta!
Wtedy w tym kotle celowo nie pisałem, że dla mnie głodówka
to także próba. Próba psychiki. Próba udowodnienia sobie, że to jednak ja mam
(przynajmniej niekiedy) przewagę nad niektórymi substancjami, a nie odwrotnie.
Że jako nałogowy, długoletni palacz, podczas głodówki muszę także papierosom
powiedzieć: papapa…. Że jak zaczynam jeść po głodówce, to zaczynam też palić.
„Zioła” wrzeszczą: zwariowałeś, rzuć to w pierony…. A ja lubię palić,
udowodniłem sobie coś i do tego wracam. Świadomie, nie kierowany w takim
stopniu uzależnieniem fizycznym, czy psychicznym.
Głodówka bowiem jest dla nie treningiem mojej psychiki,
mocno pokiereszowanej, szukającej chociaż raz na parę miesięcy wytchnienia,
restartu…
Tylko, czy wrzucać to „mięso” do kotła? Zagęści potrawę?
Uczyni ją strawniejszą? A może dodatkowe „zioła” dodatkowo sprawę zagmatwają?
Dużo tych pytań, a odpowiedzi jakby nieśmiałe pensjonariuszki, ukrywają się zza
rogiem…