Wyobraźmy sobie dosyć jednak typową sytuację: z naszym
życiowym partnerem decydujemy się na zakup samochodu. Zanim postawimy nasze
stopy za progiem mieszkania, szukamy w necie dobrego komisu, skąd klienci
wracają po prostu zadowoleni. Ustalamy priorytety i ruszamy w drogę.
Właściciel komisu po wysłuchaniu, czego my oczekujemy od
naszego nowego pojazdu – wskazuje na trzy samochody: X, Y i Z. Zachwala każdego
z nich, ale też uczciwie wspomina o mankamentach.
Więc X jest szybki, jazda nim rozluźnia, ale też łatwo
przesadzić z agresją; Y z kolei też działa antystresowo, uspokajająco, tylko,
że na dłuższą metę jazda nim zwyczajnie nuży. Pojazd Z jest pod tym względem
najlepszy: nie ma stresu, znużenia, agresji. Bezpiecznie i spokojnie.
Patrzymy w oczy partnera. Szybko, automatycznie. Ok, to
bierzemy rzecz jasna auto Z. Wtedy właściciel mówi, że to niemożliwe, bo
poruszanie się tym autem po polskich drogach jest sprzeczne z polskim prawem.
Ale dlaczego, skoro jest najbezpieczniejszy, najmniej szkodliwy dla środowiska
etc.?
Nie mam zielonego pojęcia, też tego nie rozumiem – odpowiada
właściciel, bezradnie rozkładając ręce.
Tak właśnie widzę politykę polskiego państwa względem trzech
używek: alkoholu, nikotyny oraz marihuany. Od razu może napiszę, że nie będę
prowadził rozmów na ten temat z ludźmi, którzy twierdzą, że zapalenie jointa
skazuje na tzw. twarde narkotyki i wstrzykiwanie opiatów w żyłę. Bo to nic
innego, jak obrażanie co najmniej połowy Polaków. Wszak każdy z nich wypił w
życiu piwo. Czy zaraz potem szedł do kiosku po wodę brzozową? Zostawmy jednak
populizm, on i tak nie jest sam w licznym towarzystwie.
Jaka jest definicja narkotyku? Moja jest prosta: narkotyk
uzależnia (fizycznie, psychicznie bądź tak i tak) oraz jego długotrwałe
zażywanie wywołuje negatywne skutki uboczne dla zdrowia, łącznie ze śmiercią. W
takim rozumieniu zarówno alkohol, jak i nikotyna to bezsprzecznie narkotyki.
Kofeina zresztą też.
Nie ma też sensu powtarzać, za WHO, czy licznymi
opiniotwórczymi (przynajmniej w świecie nauki) artykułami w prasie branżowej,
że marihuana jest zdecydowanie mniej szkodliwa od alkoholu i papierosów. To
fakt. Z którym nawet w naszym kraju się nie dyskutuje. Czemu? Bo u nas rozmowa
wygląda następująco: umawiamy się, że dyskutujemy o stoliku w biurze; pada
argument o trzech, a nie czterech nogach. Druga strona w odpowiedzi stwierdza,
że zmieniłaby kolor ścian. Ale mieliśmy rozmawiać o stole… Kolor jest nie do
przyjęcia – argumentacja staje w miejscu i dyskusja się kończy.

Tak więc marihuana przede wszystkim nie uzależnia fizycznie,
w odróżnieniu od na przykład alkoholu. Owszem, uzależnia psychicznie. Jak
chociażby kawa. Co to oznacza? Czy człowiek, jak nie wypije rano tradycyjnego
kubka kawy szuka sznura do powieszenia się? Ma drgawki, piana z ust mu cieknie?
Nie (chociaż wszystko jest możliwe), raczej ma po prostu gorszy nastrój, co
zresztą po kilku chwilach mija. Oto uzależnienie psychiczne. I jeszcze jeden
aspekt: psychiczne uzależnienie kawy powoduje, że w mózgu istnieje głównie tylko
jeden obraz odprężenia i wyluzowania – przy kubku. Tak samo jest z marihuaną.
Nie ma sensu także powtarzać katastrofalnych wpływów
alkoholu i papierosów na ludzki organizm. Marihuana zaś nie dość, że szkodzi
zdecydowanie mniej, to jeszcze bezczelnie pomaga. I to na wiele schorzeń.
Dlatego np. w Hiszpanii ludzie cierpiący na chroniczny ból mogą oficjalnie
rezygnować z rujnującej wątrobę morfiny i sobie w zamian zapalić. Cierpienie
mija, wątroba nienaruszona.
Nie to jest jednak ciekawe. Najbardziej interesujące jest
to, że wydawać by się mogło ludziom stojącym na czele kraju nad Wisłą nie
brakuje IQ, rozsądku, czy umiejętności logicznego myślenia. Znają więc te
wszystkie dane. Ale uparcie wsadzają za posiadanie nawet najmniejszej ilości
marihuany do więzienia, jednocześnie pozwalając, żeby 18-letni człowiek kupił w
sklepie pół litra spirytusu za 20 zł, zrobił z niego litr mocnego alkoholu i
wypił duszkiem, następnie zapaść i bilet w jedną stronę. To każdy pełnoletni
może zrobić, w świetle prawa. Broń Boże, żeby w kieszeni miał kilka gramów
pochodzącej od Natury roślinki.
Na pierwszy rzut oka widać, że tutaj logika zdecydowanie
obróciła się plecami i zaczyna odchodzić w siną dal. Czy można jakoś
wytłumaczyć takie zachowanie włodarzy? Można.
Są dwie możliwości. Po pierwsze tradycja i strach przed
nowym. Ściślej: strach przed tym, co na to powie właśnie tradycyjny, wpatrzony
w krzyż elektorat. Po drugie: gospodarcze lobby. Wyobraźmy sobie bowiem, że w
Polsce nastają Czechy i każdy może sadzić do pięciu krzaków. Oczywiście w
pierwszych miesiącach nasz kraj zamienia się autentycznie w zieloną wyspę.
Automatycznie spada ilość spożywanego alkoholu i papierosów też. Drogowcy się
cieszą, bo liczba wypadków i kolizji drogowych też poleciała na łeb i na szyję.
Kto się martwi? Producenci alkoholu i papierosów. Zwłaszcza ci pierwsi mają
przechlapane, straty idą w miliardy. Więc może po prostu logikę z rozważań na
temat marihuany wygania odpowiednie lobby? Podobnie, jak to w USA, które co chwila
sprzeciwia się liberalizacji prawa – bo tam większość więzień to prywatne
biznesy. A taki biznes bez więźniów nie ma przecież sensu. Kółko się zamyka.
Tutaj jest podobnie.
Tymczasem pseudoliberałowie (pewnie jakby Mills słyszał jak
Tusk mówi o sobie: jestem liberałem, to by się po prostu przewrócił. Ze
śmiechu) nie widzą w tym wszystkich szansy. Również dla gospodarki.
Wystarczy przejąć przez państwo wszelkie uprawy i hodowle
(nasze gleby nadają się do tego zdecydowanie lepiej niż holenderskie), usankcjonować
handel, nałożyć akcyzę. I tyle.
Ale w Polsce wolimy żyć w zliberalizowanym kłamstwie i
obłudzie. W tradycyjnym, upitym społeczeństwie, gdzie widok kompletnie pijanego
człowieka de facto nie wzbudza żadnej reakcji, za to człowiek z jointem w ręku
– już tak. Bo on jest pewnie nieprzytomny i z kieszeni wyciągnie CKM (nie
chodzi o pewien prasowy tytuł), albo F16.
Czy jest szansa, że owa spirala kłamstwa się skończy? Nie,
dopóki politycy (niezależnie od przynależności partyjnej) będą nadal kibicować
społeczeństwu zamkniętemu, wiernemu swoim tradycjom. I tylko swoim. W strachu
przed reakcją na nowe i „co z ambony powiedzą”.
Lepiej wlewać w siebie – zgodnie z prawem – litry alkoholu.
Awanturować się potem w domu, potem kolejna „setka” na rozruch i do samochodu.
Lepiej rzeczywiście tak, ku uciesze alkoholowych baronów.