wtorek, 2 października 2012

Dbają o dzieci. Które?

Kolejny raz rozgorzała (rzecz jasna podsycana jedynie powodami politycznymi) dyskusja na temat aborcji w pięknym kraju nad Wisłą. Jedni są za liberalizacją istniejących przepisów, drudzy wręcz przeciwnie. Fundamentem sporu niezmiennie jest to, czy mówimy o zarodku, który już jest człowiekiem, czy dopiero się stanie.
Jak zwykle (bo też który już raz o tym dyskutują, bez jakiegokolwiek efektu, poza marnowaniem nerwów i… powietrza) w temacie głównie wypowiadają się panowie – mający prokreacji i samej ciąży niewątpliwie doświadczenie.
Rzecz jasna, by dyskusję mocno ubarwić, nadaje się jej sens światopoglądowy, by przynajmniej jedna ze stron konfliktu mogła mieć w swoim orężu taką broń, jak moralność, czy etyka.
Przykre w tym wszystkim jest to, iż ci wszyscy politycy wykazują niesamowite zainteresowanie dziećmi. Tyle, że nienarodzonymi. Tymi już na świecie – zdecydowanie mniej.
Wydaje się, ze te proporcje powinny być przynajmniej zrównane – ale to chyba kolejny dowód na moją naiwność.

Stając po jednej ze stron konfliktu od razu jest się narażonym na epitety: od syna Szatana, przez „czerwonego”, „masona” i w końcu „żydokomunę”. Nie to jednak jest najsmutniejsze, a to, że państwo zamierza być zbiorowym sumieniem swoich obywateli. To znowu państwo ma decydować, co jest dobre, co złe, co moralne, a co nieetyczne. My – obywatele, niczym bezrozumne cyborgi mamy wypełniać reguły stworzone przez partie.
Aborcja zawsze pozostanie tematem trudnym, przede wszystkim dla kobiet. Bo nie jest tak, jak być może niektórzy smutni panowie pod krawatem myślą, ze kobieta decydująca się na usuniecie ciąży idzie do lekarza z uśmiechem na twarzy i bez jakichkolwiek, wewnętrznych rozterek. To zawsze decyzja arcytrudna, z olbrzymim bagażem emocjonalnym.
Ale wolimy nad tym się nie zatrzymywać, za to decydować za kogoś. Zgodnie z zasadą: kto przeciwko nam – ten nie ma racji. To smutne. Po prostu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz