Kolejny raz rozgorzała (rzecz jasna podsycana jedynie
powodami politycznymi) dyskusja na temat aborcji w pięknym kraju nad Wisłą.
Jedni są za liberalizacją istniejących przepisów, drudzy wręcz przeciwnie.
Fundamentem sporu niezmiennie jest to, czy mówimy o zarodku, który już jest
człowiekiem, czy dopiero się stanie.
Jak zwykle (bo też który już raz o tym dyskutują, bez
jakiegokolwiek efektu, poza marnowaniem nerwów i… powietrza) w temacie głównie
wypowiadają się panowie – mający prokreacji i samej ciąży niewątpliwie
doświadczenie.
Rzecz jasna, by dyskusję mocno ubarwić, nadaje się jej sens
światopoglądowy, by przynajmniej jedna ze stron konfliktu mogła mieć w swoim
orężu taką broń, jak moralność, czy etyka.
Przykre w tym wszystkim jest to, iż ci wszyscy politycy
wykazują niesamowite zainteresowanie dziećmi. Tyle, że nienarodzonymi. Tymi już
na świecie – zdecydowanie mniej.
Wydaje się, ze te proporcje powinny być przynajmniej
zrównane – ale to chyba kolejny dowód na moją naiwność.
Stając po jednej ze stron konfliktu od razu jest się
narażonym na epitety: od syna Szatana, przez „czerwonego”, „masona” i w końcu
„żydokomunę”. Nie to jednak jest najsmutniejsze, a to, że państwo zamierza być
zbiorowym sumieniem swoich obywateli. To znowu państwo ma decydować, co jest
dobre, co złe, co moralne, a co nieetyczne. My – obywatele, niczym bezrozumne
cyborgi mamy wypełniać reguły stworzone przez partie.
Aborcja zawsze pozostanie tematem trudnym, przede wszystkim
dla kobiet. Bo nie jest tak, jak być może niektórzy smutni panowie pod krawatem
myślą, ze kobieta decydująca się na usuniecie ciąży idzie do lekarza z
uśmiechem na twarzy i bez jakichkolwiek, wewnętrznych rozterek. To zawsze
decyzja arcytrudna, z olbrzymim bagażem emocjonalnym.
Ale wolimy nad tym się nie zatrzymywać, za to decydować za
kogoś. Zgodnie z zasadą: kto przeciwko nam – ten nie ma racji. To smutne. Po
prostu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz