poniedziałek, 22 czerwca 2015

Olej groźniejszy od gwałtu



Jeździcie autobusami, wkładacie maski, do pierwszego szeregu wystawiacie klakierów sami w tym czasie kryjąc się chociaż na chwilę w cieniu. Rozumiem. Polityka. Marketing. Takie tam. Cel jest prosty: władza. I to oczywiste, nie mam z tym żadnego problemu. Ale kiedy do tegoa gara wrzucacie garść głupoty i idiotyzmu - to już nie wytrzymuję.
Dzisiaj tylko debil może zaprzeczać medycznym właściwościom marihuany. W czasach stonki ziemniaczanej można byłoby używać socjotechnik, dzięki którym Polak wierzyłby, że paląc tego biednego chwasta łączy się bez woli z obcym wywiadem chcącym zakłócić rajski spokój kraju nad Wisłą.
Tylko, że stonki nigdzie już nie ma, co można zaobserwować z pozycji kucznej w klozecie. Wystarczy prostokąt w ręku zwany smartfonem. To jednak w żaden sposób nie ogranicza polskich decydujących od wrzucania do strawy naszej głupoty w czystej postaci.
Olej RSO, zawierający śladowe ilości substancji psychoaktywnej, jest wedle nich gorszy niż gwałt. Za jego sprowadzenie do rajskiego padołu jednego z biskupów Rzymu i wielu innych wybitnych grozi dzisiaj kara do 15 lat oglądania nieba we wzorze krata. 
Ręce opadają. Tak samo, jak słyszę o kolejnych partyjnych inicjatywach w tej sprawie. Dlaczego? Bo robią to tylko ze względów politycznych. Bo zbliża się do nas wielkimi krokami nowe rozdanie polityczne i spryciarze szukają na siłę wszelkich punktów zaczepienia, co by wirująca karuzela i ich nie zdmuchnęła. Bo jak zapytacie się szefów PO, PiS, SLD, PSL i wielu innych o tym, co to jest THC, a czym się różni od CBD, dlaczego marihuana podnosi ciśnienie międzyczaskowe, wzbudza apetyt i "zamraża" nasze komórki rakowe - to w odpowiedzi zobaczycie rozdarte usta. Jak się zamkną padną słowa mające nas zdeskredytować - normalna reakcja tego, który nie kuma w stosunku do tego, który na szczęście rozumie. 
Ale mentalność jednak się zmienia. Może zbyt powoli, możę niekiedy kłody absurdu zbyt duże, ciężkie. To jednak proces nieuchronny. A za kilkadziesiąt lat Polacy na swoich przodków z początków XXI wieku patrzeć będą jak na ufoludków pozbawionych rozumu (w sumie nic się nie zmieni, bo jak Polacy co kilkadziesiąt lat się oglądają, to właśnie podobne wrażenie mają).
Innego wyjścia nie ma. Nawet my nie potrafimy tak długo być głupi. 

poniedziałek, 28 października 2013

Głodówka made in Zuckerberg

Z racji zboczenia zawodowego dla mnie wszelkie instrumenty, które pomagają mi szybko uzyskać, ale też opublikować informację – są zbawienne. W tym względzie w naszych czasach, kiedy jak czytam, kreda ma już ze szkół zniknąć na zawsze, jeszcze nie czuję się do końca nieswojo. Jeszcze wykorzystuję dobra technologii.
Zanim nadejdzie czas, kiedy moi synowie, albo ich synowie (córki może) będą mi tłumaczyć cierpliwie coś tak skomplikowanego, jak dzisiaj dla mojej Mamy obsługa excela, czy umieszczenie wszystkich kont mailowych w jednym programie, już teraz dostrzegam niebezpieczeństwa.
Dzisiaj informacje gotujemy w jednym, olbrzymim worze. Nie ma już żelaznego podziału na tych, którzy je kreują i tych, którzy odbierają. Sprzężenie zwrotne też się pomieszało. Łowiąc zaś z gara coraz częściej trzeba mieć na uwadze, że na końcu wędki możemy zobaczyć zamiast najmniejszej nawet ryby, chociażby skarpetę, o kaloszu nie wspominając.
Nie będę chyba musiał z pochodnią chodzić, by znaleźć zwolenników hipotezy, jakoby zła informacja, to znaczy opacznie lub tylko częściowo zrozumiała może przynieść więcej szkody niż milczenie na dany temat zupełne.  Przykładem takiego mojego rozumowania, jakby jego podporą, są krótkie, niekiedy wręcz lakoniczne relacje z głodówek, które co najmniej raz do roku na własnym organizmie przeprowadzam.
Wrzucanie dwóch skromnych ziaren do kotła informacji przynosi przede wszystkim efekt empatii. Ludzie kibicują, wspierają, dociekają. Tyle, że obok wszystkich potraw w kotle, pływają też interpretacyjne zioła. I tu tak naprawdę zaczyna się nasza medialna rzeczywistość. Albo tłumaczymy, albo milczymy. Albo tłumaczymy, ale wybranym. A innym nie trzeba? Byleby tylko samo tłumaczenie informacji nie okazało się bardziej czasochłonne od przekazanie tłumaczonej później informacji. Jeżeli tyczy się to spraw ideologicznych, albo jeszcze gorzej politycznych, to raczej więcej niż pewne, że potrawą z kotła się pobrudzimy, jakieś zioła nas oblepią…
Nieco inaczej jest, kiedy informacja ma zdecydowanie mniejszą wagę, przynajmniej dla szeroko rozumianych odbiorców. Wtedy groźba kulinarnej katastrofy jest po prostu mniejsza.
Tak jak właśnie z moją głodówką, gdzie akcentuje przede wszystkim odtrucie organizmu. I jasne, pojawiają się „zioła”: że organizm wytwarza toksyny, które nie wydzielane na zewnątrz – szkodzą, że człowiek robi sobie krzywdę, a też że tradycyjna medycyna jest cool i basta!
Wtedy w tym kotle celowo nie pisałem, że dla mnie głodówka to także próba. Próba psychiki. Próba udowodnienia sobie, że to jednak ja mam (przynajmniej niekiedy) przewagę nad niektórymi substancjami, a nie odwrotnie. Że jako nałogowy, długoletni palacz, podczas głodówki muszę także papierosom powiedzieć: papapa…. Że jak zaczynam jeść po głodówce, to zaczynam też palić. „Zioła” wrzeszczą: zwariowałeś, rzuć to w pierony…. A ja lubię palić, udowodniłem sobie coś i do tego wracam. Świadomie, nie kierowany w takim stopniu uzależnieniem fizycznym, czy psychicznym.
Głodówka bowiem jest dla nie treningiem mojej psychiki, mocno pokiereszowanej, szukającej chociaż raz na parę miesięcy wytchnienia, restartu…

Tylko, czy wrzucać to „mięso” do kotła? Zagęści potrawę? Uczyni ją strawniejszą? A może dodatkowe „zioła” dodatkowo sprawę zagmatwają? Dużo tych pytań, a odpowiedzi jakby nieśmiałe pensjonariuszki, ukrywają się zza rogiem…

czwartek, 3 stycznia 2013

Skok na kasę? Nie, to tylko prowizorka

Kilka dni temu rozgorzała (i słusznie!) dyskusja na temat coraz większej liczby fotoradarów na naszych ulicach i prawdziwym polowaniu, jakie rozpoczęła policja wraz z Inspekcją Transportu Drogowego. Dzisiaj bardzo ważny (moim zdaniem) głos w tej sprawie zabrał red. Łukasz Warzecha, zaproszony do porannego studia KCH.
Napomniał w rozmowie o raporcie NIK z 2011 r., w którym postarano się kompleksowo wskazać przyczyny występowania aż tak często sytuacji niebezpiecznych w kraju nad Wisłą. Brawo Panie Redaktorze! Znam ten raport, nawet go swego czasu opisywałem. I rzeczywiście: NIK podaje przeszło 10 powodów, które powodują zagrożenie w ruchu. Na pierwszych miejscach jest fatalny stan dróg (teraz powoli mamy wreszcie drogi, więc załóżmy, że już możemy mówić o ich stanie), kiepski stan techniczny naszych pojazdów oraz brak profesjonalnej i zorganizowanej sieci diagnostycznej.
A co z tą szaloną prędkością, jaką synowie i córki Mieszka osiągają w swoich bolidach? Ano nic. Według NIK nie tu tkwi problem. Wśród owych ponad 10 przyczyn nie ma ani słowa o zbytniej szybkości. I nasza kochana władza o tym doskonale wie. Tylko, co łatwiej robić? Budować i łatać drogi, zmusić Polaków do większej dbałości o własne autka, czy może właśnie stawiać fotoradary?
I jeszcze jedna rzecz, którą poruszył dzisiaj red. Warzecha, a jest ona de facto tajemnicą poliszynela. Rzecz w nieoznakowanych samochodach Inspekcji Transportu Drogowego. Od dawna wiadomo, że owe autka nie mają za zadanie ściganie piratów drogowych i niwelowanie w ten sposób niebezpieczeństwa na drogach. Ich zadaniem jest robienie zdjęć i to jak najwięcej. Po prostu.
Z jednym jednak się nie zgodzę. Otóż bardzo częsta powtarzana jest opinia, iż jest to rządowy (kolejny) skok na kasę przeciętnego Polaka. Uważam, że tak nie jest. Bo nawet, jak fotoradary zaczną nas mocno kosić, to naprawdę wierzycie, że zbuduje się góra pieniędzy, która np. starczy na budowę obwodnic przy wielkich miastach? Ja aż tak naiwny nie jestem.
To nic innego jak prowizorka, żeby za kilka lat nikt nie śmiał powiedzieć, że obecny rząd psinco robił w sprawie bezpieczeństwa na drogach. Jak to psinco?? A fotoradary?

Związek jak Grek

Komunalny Związek Komunikacyjny Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego broni się rękami i nogami przed zmianami. Struktura tak skostniała, jak sam ciągle funkcjonujący – chociaż już niewiele mający wspólnego z rzeczywistością – skrót. I też fajne lądowisko dla samorządowych spadochroniarzy (np. były prezydent Chorzowa Marek Kopel, teraz w KZK GOP drugi po Bogu).
Teraz Wodzisław chce pokazać, że z organizacją komunikacji u siebie doskonale sam sobie poradzi, bez nachalnej i mocno kosztownej pomocy Związku. Nie ma w tym nic odkrywczego. Wszak na podobnej zasadzie lata temu dokonały tego m.in. Tychy, czy Jaworzno.
Bo Związek od początku traktuje region, jakby już był aglomeracją, konurbacją, czy jakąś inną „nacją”. Tymczasem śląskie miasta raczej ciągną w odwrotne strony niż poszukują platformy porozumienia. Więc ów Związek to prowizorka i to na siłę.
A propos siły: jeszcze w 2012 rok sąd uznał, iż prezydenci poszczególnych miast, którzy zasiadają we władzach Związku nie powinni pobierać z tego tytułu jakichkolwiek pieniędzy. Dwa bodaj dni przeszło bez echa. Ale nie trzeba było długo czekać. Prezydenci będą walczyć o swoje. Są jak Grecy, którzy nie rozumieli (i pewnie wielu z nich dalej nie pojmuje), że pracodawca im nie będzie już płacić za mycie rąk w pracy, czy grzanie silnika samochodu (to niestety nie są żarty). Tworzymy komunikacje w regionie, a wy nam nie chcecie płacić? Jak to tak?
Myślę, że gliwicko-chorzowska siła związku, podsycana siłą PO zapewni Związkowi spokój. Podobnie, jak między bajki można włożyć plany aglomeracyjne, czy stworzenie jednego miasta. Pojedyncze interesy są ciągle zbyt mocne.

środa, 2 stycznia 2013

Szczerość a szacunek

Poprzednie 12 miesięcy były dla mnie czasem nie najlepszym. To znaczy aż tak źle nie było: dzieci rosły, żona zmieniła pracę (wreszcie mobbing będzie znała tylko z definicji, a nie z własnej skóry) i w sumie jakoś tam było. 
Służbowo? Jedna solidna wpadka, dzięki której jednak i na świat i na niektórych ludzi spojrzałem nieco inaczej. Kolejny raz się sprawdziło, że nawet bardzo złe doświadczenia mogą być konstruktywne. I prawdziwa katastrofa na koniec, czyli okazało się, że nawet moi bliscy chyba mnie do końca nie znają i nawet przed nimi muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Co gorsza: po przeprowadzeniu całego procesu dowodowego przekonanych dalej jest jak na lekarstwo.
Bo jestem za chwilę 40-letnim gościem, który – przynajmniej ja to tak widzę – ma prawo do samoistnienia i samodecydowania tak jak 18-leti młodzieniec, czy 85-letnia staruszka.
Tymczasem niektórzy uważają, że szacunek do osób starszych winien wyrażać się tym, żeby nie pokazywać im całego swojego ja. Bo jeszcze ich coś urazi. Bez szukania na siłę synonimów dla mnie to nic innego, jak okłamywanie takiej osoby pod płaszczykiem niby szacunku.
Szczerość i prawda – to prawdziwe (dla mnie) wyznaczniki szacunku, a nie obligatoryjny uśmiech i nakaz bycia miłym. To kompletne pomylenie pojęć. Osobiście zawsze będę wolał prawdę, nawet tę najgorszą. I zawsze będę szanował osoby, który będą mi ją mówić. Tym wszystkim sztucznie miłym, każącym mi też wejść w tę ohydną konwencję, gdzie asertywność ma poziom depresji Morza Czarnego z okazji 2013 roku mówię delikatnie acz stanowczo: dajcie mi święty spokój. Nie moja piaskownica, nie moje zabawki.

poniedziałek, 8 października 2012

Sondaż prawdę Ci powie? Żart

Żeby już nie przytrafił się żadny nudny weekend, trzeba jak się umie starać się, żeby w serwisach pojawił się jakiś trup. I najlepiej jakieś skopane dziecko przez tatusia. Co?! Że nic takiego nie ma?! A co mnie to k…. obchodzi, z czego mam zrobić blok?!
Na szczęście tak zdesperowanym wydawcom na ratunek przychodzą sondaże opinii publicznej. Kiedyś charakterystyczne jedynie dla stricte przedwyborczej rzeczywistości – dzisiaj dzielą i rządzą każdego dnia. Niezależnie od politycznej aury.
I ów sondaż stał się rzeczywiście wybawieniem minionego weekendu, podczas którego żaden skandynawski wojownik o prawdę nie zastrzelił kilkudziesięciu osób, nie wyszła na światło dzienne tajemnica żadnego ojca przetrzymującego od 20 lat swoją córkę-kochankę, a wojaże i związane z nimi przygody Katarzyny W. już przestały interesować społeczeństwo, które uparcie najchętniej kupuje gazetę Fakt. Ale za to jest sondaż i to sensacyjny! Po latach na czele nie ma Tuskowej partii a jedynie słuszne ramie prezesa Kaczyńskiego. I weekend gotowy. Kolejni goście w studiach, dywagacje tak naprawdę nie mające żadnego sensu i pełen wachlarz spekulacji.
Już co poniektórzy publicyści mówią o przełamaniu w polskiej polityce, o końcu marketingowej zasłony Tuska. Teraz Polacy w końcu przejrzą na oczy i zrozumieją, jak naprawdę źle im się żyje – tylko dzięki jednemu sondażowi.
Tymczasem ja z kolei uważam (na serio abstrahując od wyników danych sondaży), że warto przyjrzeć się samym sondażom, które – wedle mojej opinii – stały się niczym więcej, jak tylko kolejnym, unowocześnionym narzędziem marketingowym, który służy tak jak wszystkie inne: do manipulacji.
Najlepiej tę sytuację porównać do skomplikowanych skądinąd kwestii giełdowych. Tam rynek spekulacją stoi. Specjaliści od takich technik żyją w luksusach. Mimo, że nienawidzi ich cały świat, mimo, ze ich działania są nielegalne, tylko że bardzo trudno je udowodnić. Ale informacja poszła w świat, przyniosła określone efekty, wcześniej zamierzone. Wszystko się zgadza i wszyscy są szczęśliwi.
Więc dla mnie sondażowa ruletka nie różni się niczym od giełdowych spekulacji. Politycy mają o czym gadać, niektórzy pewnie się z tego cieszą, bo tym samym nie gadają o tym, o czym akurat powinni. Dziennikarze też zajęci – obrabiają sondaż z lewa i prawa. Grupę beneficjentów poszerza (chociaż tak naprawdę właśnie tworzy) dane biuro badania opinii publicznej. Znowu zarobione pieniądze. Te i następne. Bo przecież za chwilę znowu ktoś zleci sondaż, żeby zobaczyć, czy uchwycone ostatnim razem tendencje utrzymują się, zmieniają, a może doszło jeszcze inne zjawisko.
Co z tego, że ten kolejny sondaż może diametralnie różnić się od wcześniejszego? Człowiek zmienia swoje zdanie. A co się stało kilka lat temu, kiedy przed wyborami można było mówić o kompromitacji biur badania opinii, gdyż wypracowane przez nie sondaże diametralnie (kilka punktów procentowych) różniły się od rzeczywistych wyborów? Czy to coś zmieniło, zraziło nas do sondaży? Absolutnie nie. Bo tak gdzie potęga pieniądza, tam palce same układają się na ustach…

środa, 3 października 2012

Wykształcenie wyższe nie jest obowiązkiem

Ostatnio w mediach pojawiły się wypowiedzi akademickich profesorów, którzy w niewybrednych słowach oceniają poziom szkolnictwa wyższego w naszym pięknym kraju.
Dorzucę coś od siebie, bowiem życie tak się ułożyło, że byłem na trzech uczelniach. Zaocznie.
Na początek jednak uwaga: nie chce generalizować, pewnie w Polsce nie brakuje uczelni, gdzie do wykształcenia i samych studiów podchodzi się poważnie, ale są one i tak w zdecydowanej mniejszości.
Prawda jest taka, że obecnie student zaoczny chcąc nie kończyć studiów musi się bardzo postarać. Naprawdę bardzo. Weekendowe zajęcia, zazwyczaj weekendowe podejście wykładowców. Egzaminy to w większości farsa, przy której wielu przydają się umiejętności nabyte w podstawówce i gimnazjum – teraz ściągi komórkowe są chyba na szczycie.
Wszyscy wiedzą, że to paranoja lekka. Ale nikt się nie wychyla, bo tak naprawdę układ pasuje wszystkim. Młody człowiek wszak ma wyższe wykształcenie, odpowiedni wpis do CV i jakieś mocniejsze wejście na rynek pracy (gorzej jak dochodzi do rozmowy kwalifikacyjnej i trzeba się odezwać). Jest zadowolony. Uczelnia też. „Wydała” na świat kolejnego bystrzaka, a kasa się zgadza. Ten człowiek to również żywa reklama – powie kumplom, ze w tej szkole jest luz, trochę trzeba chodzić, ale to wszystko.
Moim zdaniem problem jednak nie leży w samej strukturze, czy „mentalności” studiów zaocznych. Źródeł intelektualnego bałaganu należy szukać gdzie indziej. Wcześniej. Wystarczy spojrzeć na próbne testy z matury z matematyki. Tam chcemy się pytać o krok oficjalnie dojrzałych uczniów o to, ile będą kosztować spodnie po podwyżce 30-procentowej, skoro przed nią kosztowały dajmy na to 130 zł. I są cztery odpowiedzi. Bo to test.

Dla mnie to śmieszne i przerażające jednocześnie. W takim razie, by uwiarygodnić swoją dbałość o wykształcenie społeczeństwa resort powinien na maturze z matematyki sprawdzać tylko dodawania i odejmowanie. A potem niech się na studiach zaocznych męczą z takimi „mózgami”.
Na studia, po szkole średniej, wcześniej gimnazjum i podstawówce, trafia masa po prostu ludzi głupich, cwaniaków, którzy potrzebują tylko jedno: papier. To ludzie nie potrafiący się wysławiać, na jakikolwiek temat, ze znikomą najczęściej wiedzą o świecie i swoim kraju. Nie wierzycie? Zróbcie test. Niech 19-latek powie Wam, kto był pierwszym prezydentem Polski (PRL) po 1945… Uwaga: odpowiedzi mogą Was zniszczyć…
Czy to wina nauczycieli, ze tym młodym zniknęło gdzieś powołanie? Za 1200 zł miesięcznie, bojąc się czy jakiś uczeń nie ma złego dnia i na przykład nie wsadzi kosza na głowę? A co z rodzicami? Co z naszą obecną przestrzenią, wypełniona androidami, facebookami, warcraftami i programami o nastoletnich ciążach na antenie telewizji znanej sprzed lat tylko i wyłącznie z muzyki?
Prawda jest taka, że rozwój cywilizacyjny ogłupia jednostkę. Poprośmy teraz początkującego dziennikarza o napisanie tekstu do 3000 znaków, za trzy godziny ma być gotowy. Z jednym „ale”. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych. I co? Nagle naturalne dla człowieka cechy zamierają. Następuje paraliż. Bo zewsząd jesteśmy otoczeni narzędziami, które nas wyręczają, no to po co się wysilać? Po co młody człowiek ma czytać? Ściągnie na torrencie film i po sprawie.
Tacy właśnie ludzie trafiają na zaoczne studia i nie są bynajmniej dla uczelni kłopotem. To dla nich zbawienie. Pal licho ich zacofanie i głupotę. Ważniejsze, że przynoszą ze sobą żywą gotówkę. A też pewnie będą mieli sporo poprawek – dodatkowa kasa.
Jeszcze 20-30 lat temu wyższe wykształcenie to było coś. Obecnie spowszedniało. Podobnie jak samo sformułowanie „dziennikarz”. Sad but true.