Droga Tobą
ta droga jest przy Tobie
chociaż ciężka -
- już wiem że jedyna
gwiazda zaświeciła
a ryby stawem
zaśpiewały
a jedną nutą
strach ale nie
nasz
to tylko mego bólu
świadectwo.
Inna śmierć
Dostałeś kiedyś od miłości w
twarz?
Tak pod oko, żebyś nie mógł
spojrzeć w bok?
Wtedy żyły zaciskają się na
krtani śmiejąc się
do rozpuku w odbiciu swoich
nieruchomych braci
a serce (masz?) toczy innej
planety rytm
i jeszcze dłonie trzęsące się
chociaż ani
jeden kieliszek czerwonej wody
nie
poszedł dzisiaj jeszcze na
ratunek
nie zapominaj też o tej suce –
wysławianej przez ciebie
między wierszami tak zwanej
twórczości –
która patrzy zza zasłony
zazdrości
w końcu to nie ona siostrą
zniszczenia,
chociaż przecież w końcu z jej
rąk żyletka
to już sam powód inną ma matkę
to miłość, mówią że zabroniona
Kapitulacja
Nie mam już odwagi, chciałby żebyś o tym wiedziała,
że cały twój trud na marne – zbytek czasu.
Inni odrobili doskonale spisane w genach zadanie:
zniszczyli poetę, wyrwali z krtani ostatni wers.
I chociaż jeszcze nieliczne komórki, nie tylko wątroby
wołają za słowem pisanym – to ileż można
kreślić kontury swojej porażki. I po co?
Przecież nie będę wtórował twoim nocnym sługom.
Tylko nie myśl, że moją białą flagą wypełnisz trzewia,
że ten sztandar będzie dowodem twojego triumfu.
Bo to nie twoje zwycięstwo – tylko moja kapitulacja.
Na dworcu
Na dworcu czas mija jakby
szybciej –
można oglądać do woli ludzi i ich
czekanie
malujące się na spierzchniętych
wargach
Niekiedy pijak na ławce powie
sprośny żart –
wtopi się w mozaikę absurdu,
który
od lat pisze rozkłady jazdy, nie
siląc się na zmiany
I tylko pociągi różne
przyjeżdżają –
do nich wsiadają ci co szukają
drogi, czy choćby przedziału
ciszy
boję się, że mój pociąg też już na torach
Na smyczy
Trzymaj szczęście zawsze na
smyczy i nie krzycz
podrobami, gdy kaganiec ciebie
też utuli
do snu przywiązania – w dom
rodzinny
I raz otwarte serce szybko potem
zamknij, nie przez
jakiś przeciąg, czy inne Drogi
Mleczne.
Tak po prostu trzeba i że bezpieczniej
Bo musisz ludzki być w tym
człowieku, chociaż
plujesz – także uryną – na
kościół owczy,
to nigdy nie śmiej być w innym
prawie
Pamiętaj: nie ma
usprawiedliwienia, żeś poeta czy
nawet najczulszy pijak w
potrzebie uczuć.
Z prawdą fałszu nie ma dialogu.
Na wielką wodę
Jak myślisz: można opłynąć świat
w łupinie
jego oka? Umytego starannie i z
żaglem rzęs
łopoczących na jednym oddechu
obcego brata?
Mówisz: tak, a ja ci wierzę – ty
przecież wiesz
najlepiej czego szukam, gdzie
płynąć pragnę,
ku jakim wodom mnie ciągnie
ukryty
za koszmarami innych ludzi
wieczny stwór.
Tylko chciałbym się w podróży raz
zatrzymać –
na wyspie czarnych róż z kolcami
wschodzącymi
niczym poranne słońce. Pamiętam
przestrogi:
żeby nie dotykać – w tłumie
zawsze trafiają w wątrobę.
Pytasz: po co w ogóle ta podróż i
czy samotność chcę
znaleźć, co przecież byłoby
wyjątkowo głupie.
Masz rację. Wśród was jestem
wystarczająco oddalony,
zatopiony w pianie innych snów.
Nie. Tę siostrę już zostawiam.
Czas na resztę rodziny.
Najwyższy czas.
Nazaren
czy kropla, co spływa z twego lica
to krew, a może w koleiny wpadła łza
twego bólu, chcącego wyjść z mego snu
ogrodu, gdzie kwitnie jasno nędzny strach
on ptakiem wtargnął – pamiętasz – miedzy nas
wtedy, gdy tulił prześcieradła smak,
a może w oczach zobaczyłaś śmierci cień
jak jego śmiechem dudnię po sam brzuch
gdzie zbiera się cały gnój pięknych lat
kiedy to ja już żyjąc nie znałem cię.
Piąty stygmat
Przyszedł w nocy poeta i wystraszył
pierwszy sen i też jego brata –
- ostatni z ludzką twarzą
patrzy, ust nie otwiera tylko oczy
blaskiem wypisują litery –
- język wiersza jest ciszą
a ja jestem wtedy tylko swój strach
- śmierć widzi z boku i
łańcuchami śmiechu budzi siedliska
w końcu chór już tych zmór
błyszczy gwiazdą z pięcioma ramionami
- stygmatami mojej duszy.
Samotność
Mądrzejsi prawili, że poetą
człowiek się rodzi
i nosi ten garb przez całe życie
– krótkie.
Ja tę chorobę nabyłem po latach i
stąd strach
że znajdzie się lek – pozbawi
mnie złudzeń
Wtedy zostanę już sam, w
najgorszej otchłani,
gdzie duchy kopulują i śmieją się
w twarz.
Wiem, że to będzie boleć każdą
wnętrznością
jakby los skalpelem mnie
otwierał.
Ty gwiazda
Ukradłaś jej spokój i
rozbiliśmy namiot na dnie
łyżki mokrej
- Ty wiedziałaś
gwiazdami oczy
krzyczały utkane
a ona odeszła, na bok
- przykucnęła i innym
dzieciom mówiła
paciorki.
***
Mówię do ciebie cicho, przecież
wiem, ze
Inaczej nie usłyszysz i chociaż
słowa
Mają odpowiedzieć – milczą twoimi
ustami
A ja ciągle nie wiem kim jesteś
Jaką część Kosmosu dmuchnąłeś mi
w twarz
I śmiejąc się – też bezdźwięcznie
– pokazałeś grymas łopatek
Dla mnie ten dialog trwa już za
długo
Niepewność bije mnie raz po raz w
twarz
Odzywając się przy tym tylko w
wódce
***
Wziąłem cię za barki i już
wiedziałem,
Że to źle i nie tędy przecież
droga – sumienia
Które wbija gwoździe pod powieki
Cierpliwie czekając na łzy krwi
Bo słowo „przyjaźń” zaczęło
mierzić
Swoimi procentami nadawać rytm
Innej śmierci – tak samo tylko
ironicznej
Więc odejdź człowieku i weź swoje
współczucie
Wymieszaj z kolejnym drinkiem
A mi wreszcie daj spokój – niech
stanie się na trzeźwo
Tam gdzie zakręca Kosmos
Mówią, że zdrada z kurwą ma inny
smak:
To jak piwo imbirowe albo herbata
miętowa
I że wtedy nie ma miłości –
uczucia zostają na schodach
Mówią, że jeszcze lepszy orgazm
jest samotny
Jak grosz w portmonetce, czy ryba
w puszcze:
Czuć uniesienie w powietrzu, ale
też bez uczucia
Mówią, że najlepsze żony to
brunetki
Żadna nie podobna do siebie – to
oryginał
Ich włosy na prześcieradłach to
jak kleks, na duszy
Mówią, że jak zamawiać wódkę to
tylko setkę –
Męka jedna, a ulga razy dwa
I jeszcze czas nadgarstkiem
zaoszczędzony
Mówią, że w wierszach to nie rym
jest ważny,
Chociaż nad rytmem już się
pochylają
I liczą sylaby, a może żebra?
Mówią, że śmierć musi być nagła i
niespodziewana
Bo inaczej boli
I jeszcze człowiek coś głupiego
zrobi
Ale w raju będzie już lepiej:
Każda kobieta daje, z piersi
wódka leci
A na udach wiersze same się piszą
– tak mówią
To nie ludzie, to inny wymiar
***
W chlebie jest prawda,
Tak mówią okruszki mielone
Przez zęby fałszu
Ukrój kromkę – wcześniej
Wytrzyj koniecznie nóż
Z łez naszych organizmów
I potem traw, powoli – dokładnie
Jest szansa, że wzrok
Zmieni świadectwo życia
Tylko złap tę chwilę –
Chleba nigdy dużo
W podwójnej osobie
Widzę, że gorzej się czujesz –
ściana
Wchodzi twoimi oczami poza
Mur wszystkich ich słów i gestów
A ja tutaj siedzę i patrzę na
kolejną
Klęskę niespełnionych obietnic i
tylko
Krzyk jeszcze we mnie jest ludzki
Myślę, że tobie jest jednak
łatwiej bez
Świadomości z bólem przewieszonym
Przez kraty schowane w liściach
sumienia
Przynajmniej nie znasz
rozczarowania
XXX
już wiem i błogo
na policzkach
pudrem rysuję
jest spokój – nasz
zamieszkany adres
chociaż bez meldunku
ale w prawie
- twojej pewności.
XXX
Umieram. Powoli, jednak systematycznie.
Złapać chwilę
Na karuzeli – jeden kierunek –
- chociaż.
I jeszcze: gwiazdy krzyczą
wołają nawet –
- ich głos słychać w każdej
Komórce
Umieram. I w końcu:
Nie ma mojej zgody,
tylko przyzwolenie genów
- lenistwo.
XXX
Koniec wchodzenia w siebie, w
strachu przed waszą
śliną – na morzu też łupina niby
nie ma szans.
Już rąk się nie boję – tych
samych, co wyciągnęły mnie
z pochwy innej rzeczywistości.
Teraz wy sami będziecie pod
ostrzem mojego wzroku –
i uwierzcie: ten miecz wejdzie
bardzo głęboko,
na każdej żyle wycisnę słowa
mojej zemsty:
łupina bezczelnie odeprze fale.
Stało się: nadchodzę. W tylko
swoim prawie.
XXX
Chociaż zawsze sztućców dostatek
– bo i dań przecież
podają na chwałę nie tylko
żołądka już wypełnionego
z poprzednich lat resztkami i
wódką, co przepuszcza
I nawet połykam kolejne kęsy z
niekłamanym smakiem
żując dokładnie – bo mówią, że
trzeba przeżywać i rozumieć
aminokwasy. Uczucie na
pierwiastki rozłożone.
Tylko już najedzony nie mogę
przestać myśleć, że
i tak danie z jej rąk podane
naprawdę wypełni mnie
jako człowieka i wódczanego
poetę.
Jestem gotowy. Mam łyżkę w ręku.
XXX
mnie ziemia wypuściła bólem
podnieca odnóża
gdy jestem poza sobą
sen ziemi skradł –
- ja – co od dawna
chciało wzlecieć
a ty mówisz: strach
pamiętaj: strach widzę
gdy otwieram oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz