poniedziałek, 28 października 2013

Głodówka made in Zuckerberg

Z racji zboczenia zawodowego dla mnie wszelkie instrumenty, które pomagają mi szybko uzyskać, ale też opublikować informację – są zbawienne. W tym względzie w naszych czasach, kiedy jak czytam, kreda ma już ze szkół zniknąć na zawsze, jeszcze nie czuję się do końca nieswojo. Jeszcze wykorzystuję dobra technologii.
Zanim nadejdzie czas, kiedy moi synowie, albo ich synowie (córki może) będą mi tłumaczyć cierpliwie coś tak skomplikowanego, jak dzisiaj dla mojej Mamy obsługa excela, czy umieszczenie wszystkich kont mailowych w jednym programie, już teraz dostrzegam niebezpieczeństwa.
Dzisiaj informacje gotujemy w jednym, olbrzymim worze. Nie ma już żelaznego podziału na tych, którzy je kreują i tych, którzy odbierają. Sprzężenie zwrotne też się pomieszało. Łowiąc zaś z gara coraz częściej trzeba mieć na uwadze, że na końcu wędki możemy zobaczyć zamiast najmniejszej nawet ryby, chociażby skarpetę, o kaloszu nie wspominając.
Nie będę chyba musiał z pochodnią chodzić, by znaleźć zwolenników hipotezy, jakoby zła informacja, to znaczy opacznie lub tylko częściowo zrozumiała może przynieść więcej szkody niż milczenie na dany temat zupełne.  Przykładem takiego mojego rozumowania, jakby jego podporą, są krótkie, niekiedy wręcz lakoniczne relacje z głodówek, które co najmniej raz do roku na własnym organizmie przeprowadzam.
Wrzucanie dwóch skromnych ziaren do kotła informacji przynosi przede wszystkim efekt empatii. Ludzie kibicują, wspierają, dociekają. Tyle, że obok wszystkich potraw w kotle, pływają też interpretacyjne zioła. I tu tak naprawdę zaczyna się nasza medialna rzeczywistość. Albo tłumaczymy, albo milczymy. Albo tłumaczymy, ale wybranym. A innym nie trzeba? Byleby tylko samo tłumaczenie informacji nie okazało się bardziej czasochłonne od przekazanie tłumaczonej później informacji. Jeżeli tyczy się to spraw ideologicznych, albo jeszcze gorzej politycznych, to raczej więcej niż pewne, że potrawą z kotła się pobrudzimy, jakieś zioła nas oblepią…
Nieco inaczej jest, kiedy informacja ma zdecydowanie mniejszą wagę, przynajmniej dla szeroko rozumianych odbiorców. Wtedy groźba kulinarnej katastrofy jest po prostu mniejsza.
Tak jak właśnie z moją głodówką, gdzie akcentuje przede wszystkim odtrucie organizmu. I jasne, pojawiają się „zioła”: że organizm wytwarza toksyny, które nie wydzielane na zewnątrz – szkodzą, że człowiek robi sobie krzywdę, a też że tradycyjna medycyna jest cool i basta!
Wtedy w tym kotle celowo nie pisałem, że dla mnie głodówka to także próba. Próba psychiki. Próba udowodnienia sobie, że to jednak ja mam (przynajmniej niekiedy) przewagę nad niektórymi substancjami, a nie odwrotnie. Że jako nałogowy, długoletni palacz, podczas głodówki muszę także papierosom powiedzieć: papapa…. Że jak zaczynam jeść po głodówce, to zaczynam też palić. „Zioła” wrzeszczą: zwariowałeś, rzuć to w pierony…. A ja lubię palić, udowodniłem sobie coś i do tego wracam. Świadomie, nie kierowany w takim stopniu uzależnieniem fizycznym, czy psychicznym.
Głodówka bowiem jest dla nie treningiem mojej psychiki, mocno pokiereszowanej, szukającej chociaż raz na parę miesięcy wytchnienia, restartu…

Tylko, czy wrzucać to „mięso” do kotła? Zagęści potrawę? Uczyni ją strawniejszą? A może dodatkowe „zioła” dodatkowo sprawę zagmatwają? Dużo tych pytań, a odpowiedzi jakby nieśmiałe pensjonariuszki, ukrywają się zza rogiem…

czwartek, 3 stycznia 2013

Skok na kasę? Nie, to tylko prowizorka

Kilka dni temu rozgorzała (i słusznie!) dyskusja na temat coraz większej liczby fotoradarów na naszych ulicach i prawdziwym polowaniu, jakie rozpoczęła policja wraz z Inspekcją Transportu Drogowego. Dzisiaj bardzo ważny (moim zdaniem) głos w tej sprawie zabrał red. Łukasz Warzecha, zaproszony do porannego studia KCH.
Napomniał w rozmowie o raporcie NIK z 2011 r., w którym postarano się kompleksowo wskazać przyczyny występowania aż tak często sytuacji niebezpiecznych w kraju nad Wisłą. Brawo Panie Redaktorze! Znam ten raport, nawet go swego czasu opisywałem. I rzeczywiście: NIK podaje przeszło 10 powodów, które powodują zagrożenie w ruchu. Na pierwszych miejscach jest fatalny stan dróg (teraz powoli mamy wreszcie drogi, więc załóżmy, że już możemy mówić o ich stanie), kiepski stan techniczny naszych pojazdów oraz brak profesjonalnej i zorganizowanej sieci diagnostycznej.
A co z tą szaloną prędkością, jaką synowie i córki Mieszka osiągają w swoich bolidach? Ano nic. Według NIK nie tu tkwi problem. Wśród owych ponad 10 przyczyn nie ma ani słowa o zbytniej szybkości. I nasza kochana władza o tym doskonale wie. Tylko, co łatwiej robić? Budować i łatać drogi, zmusić Polaków do większej dbałości o własne autka, czy może właśnie stawiać fotoradary?
I jeszcze jedna rzecz, którą poruszył dzisiaj red. Warzecha, a jest ona de facto tajemnicą poliszynela. Rzecz w nieoznakowanych samochodach Inspekcji Transportu Drogowego. Od dawna wiadomo, że owe autka nie mają za zadanie ściganie piratów drogowych i niwelowanie w ten sposób niebezpieczeństwa na drogach. Ich zadaniem jest robienie zdjęć i to jak najwięcej. Po prostu.
Z jednym jednak się nie zgodzę. Otóż bardzo częsta powtarzana jest opinia, iż jest to rządowy (kolejny) skok na kasę przeciętnego Polaka. Uważam, że tak nie jest. Bo nawet, jak fotoradary zaczną nas mocno kosić, to naprawdę wierzycie, że zbuduje się góra pieniędzy, która np. starczy na budowę obwodnic przy wielkich miastach? Ja aż tak naiwny nie jestem.
To nic innego jak prowizorka, żeby za kilka lat nikt nie śmiał powiedzieć, że obecny rząd psinco robił w sprawie bezpieczeństwa na drogach. Jak to psinco?? A fotoradary?

Związek jak Grek

Komunalny Związek Komunikacyjny Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego broni się rękami i nogami przed zmianami. Struktura tak skostniała, jak sam ciągle funkcjonujący – chociaż już niewiele mający wspólnego z rzeczywistością – skrót. I też fajne lądowisko dla samorządowych spadochroniarzy (np. były prezydent Chorzowa Marek Kopel, teraz w KZK GOP drugi po Bogu).
Teraz Wodzisław chce pokazać, że z organizacją komunikacji u siebie doskonale sam sobie poradzi, bez nachalnej i mocno kosztownej pomocy Związku. Nie ma w tym nic odkrywczego. Wszak na podobnej zasadzie lata temu dokonały tego m.in. Tychy, czy Jaworzno.
Bo Związek od początku traktuje region, jakby już był aglomeracją, konurbacją, czy jakąś inną „nacją”. Tymczasem śląskie miasta raczej ciągną w odwrotne strony niż poszukują platformy porozumienia. Więc ów Związek to prowizorka i to na siłę.
A propos siły: jeszcze w 2012 rok sąd uznał, iż prezydenci poszczególnych miast, którzy zasiadają we władzach Związku nie powinni pobierać z tego tytułu jakichkolwiek pieniędzy. Dwa bodaj dni przeszło bez echa. Ale nie trzeba było długo czekać. Prezydenci będą walczyć o swoje. Są jak Grecy, którzy nie rozumieli (i pewnie wielu z nich dalej nie pojmuje), że pracodawca im nie będzie już płacić za mycie rąk w pracy, czy grzanie silnika samochodu (to niestety nie są żarty). Tworzymy komunikacje w regionie, a wy nam nie chcecie płacić? Jak to tak?
Myślę, że gliwicko-chorzowska siła związku, podsycana siłą PO zapewni Związkowi spokój. Podobnie, jak między bajki można włożyć plany aglomeracyjne, czy stworzenie jednego miasta. Pojedyncze interesy są ciągle zbyt mocne.

środa, 2 stycznia 2013

Szczerość a szacunek

Poprzednie 12 miesięcy były dla mnie czasem nie najlepszym. To znaczy aż tak źle nie było: dzieci rosły, żona zmieniła pracę (wreszcie mobbing będzie znała tylko z definicji, a nie z własnej skóry) i w sumie jakoś tam było. 
Służbowo? Jedna solidna wpadka, dzięki której jednak i na świat i na niektórych ludzi spojrzałem nieco inaczej. Kolejny raz się sprawdziło, że nawet bardzo złe doświadczenia mogą być konstruktywne. I prawdziwa katastrofa na koniec, czyli okazało się, że nawet moi bliscy chyba mnie do końca nie znają i nawet przed nimi muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Co gorsza: po przeprowadzeniu całego procesu dowodowego przekonanych dalej jest jak na lekarstwo.
Bo jestem za chwilę 40-letnim gościem, który – przynajmniej ja to tak widzę – ma prawo do samoistnienia i samodecydowania tak jak 18-leti młodzieniec, czy 85-letnia staruszka.
Tymczasem niektórzy uważają, że szacunek do osób starszych winien wyrażać się tym, żeby nie pokazywać im całego swojego ja. Bo jeszcze ich coś urazi. Bez szukania na siłę synonimów dla mnie to nic innego, jak okłamywanie takiej osoby pod płaszczykiem niby szacunku.
Szczerość i prawda – to prawdziwe (dla mnie) wyznaczniki szacunku, a nie obligatoryjny uśmiech i nakaz bycia miłym. To kompletne pomylenie pojęć. Osobiście zawsze będę wolał prawdę, nawet tę najgorszą. I zawsze będę szanował osoby, który będą mi ją mówić. Tym wszystkim sztucznie miłym, każącym mi też wejść w tę ohydną konwencję, gdzie asertywność ma poziom depresji Morza Czarnego z okazji 2013 roku mówię delikatnie acz stanowczo: dajcie mi święty spokój. Nie moja piaskownica, nie moje zabawki.