Komunalny Związek Komunikacyjny Górnośląskiego Okręgu
Przemysłowego broni się rękami i nogami przed zmianami. Struktura tak
skostniała, jak sam ciągle funkcjonujący – chociaż już niewiele mający wspólnego
z rzeczywistością – skrót. I też fajne lądowisko dla samorządowych spadochroniarzy
(np. były prezydent Chorzowa Marek Kopel, teraz w KZK GOP drugi po Bogu).
Teraz Wodzisław chce pokazać, że z organizacją komunikacji u
siebie doskonale sam sobie poradzi, bez nachalnej i mocno kosztownej pomocy
Związku. Nie ma w tym nic odkrywczego. Wszak na podobnej zasadzie lata temu
dokonały tego m.in. Tychy, czy Jaworzno.
Bo Związek od początku traktuje region, jakby już był
aglomeracją, konurbacją, czy jakąś inną „nacją”. Tymczasem śląskie miasta
raczej ciągną w odwrotne strony niż poszukują platformy porozumienia. Więc ów
Związek to prowizorka i to na siłę.
A propos siły: jeszcze w 2012 rok sąd uznał, iż prezydenci
poszczególnych miast, którzy zasiadają we władzach Związku nie powinni pobierać
z tego tytułu jakichkolwiek pieniędzy. Dwa bodaj dni przeszło bez echa. Ale nie
trzeba było długo czekać. Prezydenci będą walczyć o swoje. Są jak Grecy, którzy
nie rozumieli (i pewnie wielu z nich dalej nie pojmuje), że pracodawca im nie
będzie już płacić za mycie rąk w pracy, czy grzanie silnika samochodu (to
niestety nie są żarty). Tworzymy komunikacje w regionie, a wy nam nie chcecie
płacić? Jak to tak?
Myślę, że gliwicko-chorzowska siła związku, podsycana siłą
PO zapewni Związkowi spokój. Podobnie, jak między bajki można włożyć plany
aglomeracyjne, czy stworzenie jednego miasta. Pojedyncze interesy są ciągle
zbyt mocne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz