Poprzednie 12 miesięcy były dla mnie czasem nie najlepszym.
To znaczy aż tak źle nie było: dzieci rosły, żona zmieniła pracę (wreszcie
mobbing będzie znała tylko z definicji, a nie z własnej skóry) i w sumie jakoś
tam było.
Służbowo? Jedna solidna wpadka, dzięki której jednak i na
świat i na niektórych ludzi spojrzałem nieco inaczej. Kolejny raz się
sprawdziło, że nawet bardzo złe doświadczenia mogą być konstruktywne. I
prawdziwa katastrofa na koniec, czyli okazało się, że nawet moi bliscy chyba
mnie do końca nie znają i nawet przed nimi muszę udowadniać, że nie jestem
wielbłądem. Co gorsza: po przeprowadzeniu całego procesu dowodowego przekonanych
dalej jest jak na lekarstwo.
Bo jestem za chwilę 40-letnim gościem, który – przynajmniej
ja to tak widzę – ma prawo do samoistnienia i samodecydowania tak jak 18-leti
młodzieniec, czy 85-letnia staruszka.
Tymczasem niektórzy uważają, że szacunek do osób starszych
winien wyrażać się tym, żeby nie pokazywać im całego swojego ja. Bo jeszcze ich
coś urazi. Bez szukania na siłę synonimów dla mnie to nic innego, jak
okłamywanie takiej osoby pod płaszczykiem niby szacunku.
Szczerość i prawda – to prawdziwe (dla mnie) wyznaczniki
szacunku, a nie obligatoryjny uśmiech i nakaz bycia miłym. To kompletne
pomylenie pojęć. Osobiście zawsze będę wolał prawdę, nawet tę najgorszą. I
zawsze będę szanował osoby, który będą mi ją mówić. Tym wszystkim sztucznie
miłym, każącym mi też wejść w tę ohydną konwencję, gdzie asertywność ma poziom
depresji Morza Czarnego z okazji 2013 roku mówię delikatnie acz stanowczo:
dajcie mi święty spokój. Nie moja piaskownica, nie moje zabawki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz