czwartek, 3 stycznia 2013

Skok na kasę? Nie, to tylko prowizorka

Kilka dni temu rozgorzała (i słusznie!) dyskusja na temat coraz większej liczby fotoradarów na naszych ulicach i prawdziwym polowaniu, jakie rozpoczęła policja wraz z Inspekcją Transportu Drogowego. Dzisiaj bardzo ważny (moim zdaniem) głos w tej sprawie zabrał red. Łukasz Warzecha, zaproszony do porannego studia KCH.
Napomniał w rozmowie o raporcie NIK z 2011 r., w którym postarano się kompleksowo wskazać przyczyny występowania aż tak często sytuacji niebezpiecznych w kraju nad Wisłą. Brawo Panie Redaktorze! Znam ten raport, nawet go swego czasu opisywałem. I rzeczywiście: NIK podaje przeszło 10 powodów, które powodują zagrożenie w ruchu. Na pierwszych miejscach jest fatalny stan dróg (teraz powoli mamy wreszcie drogi, więc załóżmy, że już możemy mówić o ich stanie), kiepski stan techniczny naszych pojazdów oraz brak profesjonalnej i zorganizowanej sieci diagnostycznej.
A co z tą szaloną prędkością, jaką synowie i córki Mieszka osiągają w swoich bolidach? Ano nic. Według NIK nie tu tkwi problem. Wśród owych ponad 10 przyczyn nie ma ani słowa o zbytniej szybkości. I nasza kochana władza o tym doskonale wie. Tylko, co łatwiej robić? Budować i łatać drogi, zmusić Polaków do większej dbałości o własne autka, czy może właśnie stawiać fotoradary?
I jeszcze jedna rzecz, którą poruszył dzisiaj red. Warzecha, a jest ona de facto tajemnicą poliszynela. Rzecz w nieoznakowanych samochodach Inspekcji Transportu Drogowego. Od dawna wiadomo, że owe autka nie mają za zadanie ściganie piratów drogowych i niwelowanie w ten sposób niebezpieczeństwa na drogach. Ich zadaniem jest robienie zdjęć i to jak najwięcej. Po prostu.
Z jednym jednak się nie zgodzę. Otóż bardzo częsta powtarzana jest opinia, iż jest to rządowy (kolejny) skok na kasę przeciętnego Polaka. Uważam, że tak nie jest. Bo nawet, jak fotoradary zaczną nas mocno kosić, to naprawdę wierzycie, że zbuduje się góra pieniędzy, która np. starczy na budowę obwodnic przy wielkich miastach? Ja aż tak naiwny nie jestem.
To nic innego jak prowizorka, żeby za kilka lat nikt nie śmiał powiedzieć, że obecny rząd psinco robił w sprawie bezpieczeństwa na drogach. Jak to psinco?? A fotoradary?

Związek jak Grek

Komunalny Związek Komunikacyjny Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego broni się rękami i nogami przed zmianami. Struktura tak skostniała, jak sam ciągle funkcjonujący – chociaż już niewiele mający wspólnego z rzeczywistością – skrót. I też fajne lądowisko dla samorządowych spadochroniarzy (np. były prezydent Chorzowa Marek Kopel, teraz w KZK GOP drugi po Bogu).
Teraz Wodzisław chce pokazać, że z organizacją komunikacji u siebie doskonale sam sobie poradzi, bez nachalnej i mocno kosztownej pomocy Związku. Nie ma w tym nic odkrywczego. Wszak na podobnej zasadzie lata temu dokonały tego m.in. Tychy, czy Jaworzno.
Bo Związek od początku traktuje region, jakby już był aglomeracją, konurbacją, czy jakąś inną „nacją”. Tymczasem śląskie miasta raczej ciągną w odwrotne strony niż poszukują platformy porozumienia. Więc ów Związek to prowizorka i to na siłę.
A propos siły: jeszcze w 2012 rok sąd uznał, iż prezydenci poszczególnych miast, którzy zasiadają we władzach Związku nie powinni pobierać z tego tytułu jakichkolwiek pieniędzy. Dwa bodaj dni przeszło bez echa. Ale nie trzeba było długo czekać. Prezydenci będą walczyć o swoje. Są jak Grecy, którzy nie rozumieli (i pewnie wielu z nich dalej nie pojmuje), że pracodawca im nie będzie już płacić za mycie rąk w pracy, czy grzanie silnika samochodu (to niestety nie są żarty). Tworzymy komunikacje w regionie, a wy nam nie chcecie płacić? Jak to tak?
Myślę, że gliwicko-chorzowska siła związku, podsycana siłą PO zapewni Związkowi spokój. Podobnie, jak między bajki można włożyć plany aglomeracyjne, czy stworzenie jednego miasta. Pojedyncze interesy są ciągle zbyt mocne.

środa, 2 stycznia 2013

Szczerość a szacunek

Poprzednie 12 miesięcy były dla mnie czasem nie najlepszym. To znaczy aż tak źle nie było: dzieci rosły, żona zmieniła pracę (wreszcie mobbing będzie znała tylko z definicji, a nie z własnej skóry) i w sumie jakoś tam było. 
Służbowo? Jedna solidna wpadka, dzięki której jednak i na świat i na niektórych ludzi spojrzałem nieco inaczej. Kolejny raz się sprawdziło, że nawet bardzo złe doświadczenia mogą być konstruktywne. I prawdziwa katastrofa na koniec, czyli okazało się, że nawet moi bliscy chyba mnie do końca nie znają i nawet przed nimi muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Co gorsza: po przeprowadzeniu całego procesu dowodowego przekonanych dalej jest jak na lekarstwo.
Bo jestem za chwilę 40-letnim gościem, który – przynajmniej ja to tak widzę – ma prawo do samoistnienia i samodecydowania tak jak 18-leti młodzieniec, czy 85-letnia staruszka.
Tymczasem niektórzy uważają, że szacunek do osób starszych winien wyrażać się tym, żeby nie pokazywać im całego swojego ja. Bo jeszcze ich coś urazi. Bez szukania na siłę synonimów dla mnie to nic innego, jak okłamywanie takiej osoby pod płaszczykiem niby szacunku.
Szczerość i prawda – to prawdziwe (dla mnie) wyznaczniki szacunku, a nie obligatoryjny uśmiech i nakaz bycia miłym. To kompletne pomylenie pojęć. Osobiście zawsze będę wolał prawdę, nawet tę najgorszą. I zawsze będę szanował osoby, który będą mi ją mówić. Tym wszystkim sztucznie miłym, każącym mi też wejść w tę ohydną konwencję, gdzie asertywność ma poziom depresji Morza Czarnego z okazji 2013 roku mówię delikatnie acz stanowczo: dajcie mi święty spokój. Nie moja piaskownica, nie moje zabawki.