Żeby już nie przytrafił się żadny nudny weekend, trzeba jak
się umie starać się, żeby w serwisach pojawił się jakiś trup. I najlepiej
jakieś skopane dziecko przez tatusia. Co?! Że nic takiego nie ma?! A co mnie to
k…. obchodzi, z czego mam zrobić blok?!
Na szczęście tak zdesperowanym wydawcom na ratunek
przychodzą sondaże opinii publicznej. Kiedyś charakterystyczne jedynie dla
stricte przedwyborczej rzeczywistości – dzisiaj dzielą i rządzą każdego dnia.
Niezależnie od politycznej aury.
I ów sondaż stał się rzeczywiście wybawieniem minionego
weekendu, podczas którego żaden skandynawski wojownik o prawdę nie zastrzelił
kilkudziesięciu osób, nie wyszła na światło dzienne tajemnica żadnego ojca
przetrzymującego od 20 lat swoją córkę-kochankę, a wojaże i związane z nimi
przygody Katarzyny W. już przestały interesować społeczeństwo, które uparcie
najchętniej kupuje gazetę Fakt. Ale za to jest sondaż i to sensacyjny! Po
latach na czele nie ma Tuskowej partii a jedynie słuszne ramie prezesa
Kaczyńskiego. I weekend gotowy. Kolejni goście w studiach, dywagacje tak
naprawdę nie mające żadnego sensu i pełen wachlarz spekulacji.
Już co poniektórzy publicyści mówią o przełamaniu w polskiej
polityce, o końcu marketingowej zasłony Tuska. Teraz Polacy w końcu przejrzą na
oczy i zrozumieją, jak naprawdę źle im się żyje – tylko dzięki jednemu
sondażowi.
Tymczasem ja z kolei uważam (na serio abstrahując od wyników
danych sondaży), że warto przyjrzeć się samym sondażom, które – wedle mojej
opinii – stały się niczym więcej, jak tylko kolejnym, unowocześnionym
narzędziem marketingowym, który służy tak jak wszystkie inne: do manipulacji.
Najlepiej tę sytuację porównać do skomplikowanych skądinąd
kwestii giełdowych. Tam rynek spekulacją stoi. Specjaliści od takich technik
żyją w luksusach. Mimo, że nienawidzi ich cały świat, mimo, ze ich działania są
nielegalne, tylko że bardzo trudno je udowodnić. Ale informacja poszła w świat,
przyniosła określone efekty, wcześniej zamierzone. Wszystko się zgadza i
wszyscy są szczęśliwi.
Więc dla mnie sondażowa ruletka nie różni się niczym od
giełdowych spekulacji. Politycy mają o czym gadać, niektórzy pewnie się z tego
cieszą, bo tym samym nie gadają o tym, o czym akurat powinni. Dziennikarze też
zajęci – obrabiają sondaż z lewa i prawa. Grupę beneficjentów poszerza (chociaż
tak naprawdę właśnie tworzy) dane biuro badania opinii publicznej. Znowu
zarobione pieniądze. Te i następne. Bo przecież za chwilę znowu ktoś zleci
sondaż, żeby zobaczyć, czy uchwycone ostatnim razem tendencje utrzymują się,
zmieniają, a może doszło jeszcze inne zjawisko.
Co z tego, że ten kolejny sondaż może diametralnie różnić się
od wcześniejszego? Człowiek zmienia swoje zdanie. A co się stało kilka lat
temu, kiedy przed wyborami można było mówić o kompromitacji biur badania
opinii, gdyż wypracowane przez nie sondaże diametralnie (kilka punktów
procentowych) różniły się od rzeczywistych wyborów? Czy to coś zmieniło,
zraziło nas do sondaży? Absolutnie nie. Bo tak gdzie potęga pieniądza, tam
palce same układają się na ustach…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz