wtorek, 2 października 2012

Pokolenie rozdarte epokami

Dziwne czasy nastają, albo też z dziwnego pokolenia pochodzę… I chyba racja jest i tutaj i tutaj….
Bo to jest pokolenie trochę eksperymentalne, trochę rozszczepione na części. Przy czym jedna z nich została w czasach tzw. socjalizmu realnego, a druga rozpościera się (trochę na wyrost napisane, ale trudno) w dobie kapitalizmu.
Do końca przedszkolnej przygody miałem pół roku, kiedy widziałem w oczach Matki popłoch i przez kogoś rzucone: „czołgi na ulicy…”. Szkołę podstawową (jeszcze w tym starym systemie, który nie powodował, że dzieci w wieku 13 lat są już absolwentami i na siłę demonstrują swoją „dorosłość”) rozpoczynałem więc w tle stanu wojennego – kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy.
Kiedy tę samą podstawówkę kończyłem było już po wyborach 4 czerwca 1989 r. Pamiętam wtedy swoje pierwsze próby poetyckie. Rymy skupiałem na… generale Jaruzelskim, którego zresztą osobiście poznałem wiele lat później (ale to osobna historia).
I dalej niczego nie rozumiałem. Ale to chyba nie było spowodowane ewentualnym brakiem zrozumienia, jak bardziej zupełnym brakiem refleksji nad tym, co się akurat działo.
Potem nastały bodaj najszczęśliwsze lata – lata liceum (tutaj pokłony dla katowickiego Mickiewicza). Nie żebym propagował coś złego, ale też nie jest tajemnicą, co robią chłopcy w wieku 16, 17 lat. A że ja to robiłem ciut częściej i intensywniej? Bywa. Takie życie.
Pierwszym, naprawdę odczuwalnym sygnałem zmian był… sklep Future, przy Skargi (dzisiejszy EMPiK). Wtedy, gdy naprawdę mleczną czekoladę znałem jedynie z kolonii w NRD, wizyta w sklepie, gdzie człowiek mógł wszystko kupić (po spełnieniu banalnego warunku: zasobnego portfela), była wielkim wydarzeniem. Koloryt produktów po prostu był przygniatający. A może bardziej – na zasadzie kontrastu – nagle uwidoczniła się dotychczasowa szarość dnia codziennego.


Wolnorynkowa gospodarka po wczesnych narodzinach zaczynała powoli raczkować. Niektórzy z mojego pokolenia wykorzystywali szanse – zgodnie lub niezgodnie z prawem – i dorabiali się pieniędzy. Innym znalezienie się w nowych realiach zajmowała więcej czasu, niektórzy nie potrafią tego dokonać do dzisiaj.
Jeszcze przed maturą zacząłem co nieco rozumieć, kojarzyć. Lekcje historii były coraz odważniejsze. Bez dwóch zdań identyfikowałem się z postulatami sprzed lat. Zwłaszcza rozumiałem stoczniowców walczących m.in. o wolność słowa. Być może nie rozumiałem do końca jeszcze wagi znaczenia tegoż, ale… dojrzewałem.
I niby wszystko było fajnie. Nowe sklepy, kolorowe ciuchy, z kasą ciut cienko, ale jakoś się dało. Scenę polityczną obserwowałem sporadycznie, wyłapując przede wszystkim ludzi charakterystycznych – jak pewien pan, minister, z nieodłącznym termosem pod pachą. I dalej: studia, ale stosunek do rzeczywistości… seksualny – jak powiedzieliby dzisiejsi nastolatkowie.
W końcu pierwsze próby dziennikarskie i siłą rzeczy skierowanie zainteresowania na politykę. Najpierw lokalną, potem regionalną, w końcu ogólnopolską i światową. I pierwsze wybory – użyję sporego słowa – ideologiczne. Wybór determinowany też wydarzeniami politycznymi i bardzo szybko roztrwonieniem przez szeroko rozumiany obóz prawicowy idei Solidarności. Zaczęły się podziały, kłótnie. Znamy to doskonale dzisiaj.
I nagle ludzie, którzy na bramie stoczni (i nie tylko) tak odważnie walczyli m.in. o wolność słowa, te wolność zaczęli sekować. Mam ostatnie naście lat i zaczynam dobitnie rozumieć, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia…
Wolność słowa nie była już tak ważna. Podobnie jak teraz. Kiedy dalej obowiązuje Prawom Prasowe z 1984 r. (co z tego, że wielokrotnie w ciągu następnych lat modyfikowane, skoro w istocie jest po prostu przestarzałe i nijak pasujące do obowiązujących realiów), kiedy obowiązuje art. 212 kodeksu karnego – pozwalający wsadzić do więzienia za zniesławienie za pomocą słowa.
Myślałem, że „Solidarności” chodziło o wolność rodem z liberalizmu, ze to jednostka w końcu ma decydować, co robi, gdzie je, co kupuje, co czyta i ogląda. Państwo nie powinno zaś w tej mierze jednostce przeszkadzać, raczej umożliwiać rozwój. Byłem naiwny.
Bo teraz politycy każą mi decydować, żeby na przykład jakieś książki nie wydawać, by jakiś film nie był emitowany, jakaś gwiazda rockowa nie występowała. Bo to – wedle nich – złe, amoralne i destrukcyjne. Nagle ci, którzy walczyli, by za nich nie decydowała władza – sami zaczęli decydować. I teraz niby wszystko jest ok.
Więc powiem Wam, że nie jest ok. Że ja – przedstawiciel rozszczepionego epokami pokolenia mówi Wam: nie idźcie tą drogą, niech walka o polityczne stołki nie przyćmiewa tego najważniejszego: że to służba dla kraju i Narodu, jakkolwiek naiwnie i patetycznie to brzmi.
Czy to coś da? Absolutnie nie. Dla mnie niestety jest już jasne. Trzeba kolejnej zmiany pokoleniowej, zmiany w mentalności. Byle te następne pokolenie nie było już takie rozdarte, o co również sami musimy zadbać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz