Ostatnio w mediach pojawiły się wypowiedzi akademickich
profesorów, którzy w niewybrednych słowach oceniają poziom szkolnictwa wyższego
w naszym pięknym kraju.
Dorzucę coś od siebie, bowiem życie tak się ułożyło, że
byłem na trzech uczelniach. Zaocznie.
Na początek jednak uwaga: nie chce generalizować, pewnie w
Polsce nie brakuje uczelni, gdzie do wykształcenia i samych studiów podchodzi się
poważnie, ale są one i tak w zdecydowanej mniejszości.
Prawda jest taka, że obecnie student zaoczny chcąc nie
kończyć studiów musi się bardzo postarać. Naprawdę bardzo. Weekendowe zajęcia,
zazwyczaj weekendowe podejście wykładowców. Egzaminy to w większości farsa,
przy której wielu przydają się umiejętności nabyte w podstawówce i gimnazjum –
teraz ściągi komórkowe są chyba na szczycie.
Wszyscy wiedzą, że to paranoja lekka. Ale nikt się nie
wychyla, bo tak naprawdę układ pasuje wszystkim. Młody człowiek wszak ma wyższe
wykształcenie, odpowiedni wpis do CV i jakieś mocniejsze wejście na rynek pracy
(gorzej jak dochodzi do rozmowy kwalifikacyjnej i trzeba się odezwać). Jest
zadowolony. Uczelnia też. „Wydała” na świat kolejnego bystrzaka, a kasa się zgadza.
Ten człowiek to również żywa reklama – powie kumplom, ze w tej szkole jest luz,
trochę trzeba chodzić, ale to wszystko.
Moim zdaniem problem jednak nie leży w samej strukturze, czy
„mentalności” studiów zaocznych. Źródeł intelektualnego bałaganu należy szukać
gdzie indziej. Wcześniej. Wystarczy spojrzeć na próbne testy z matury z
matematyki. Tam chcemy się pytać o krok oficjalnie dojrzałych uczniów o to, ile
będą kosztować spodnie po podwyżce 30-procentowej, skoro przed nią kosztowały
dajmy na to 130 zł. I są cztery odpowiedzi. Bo to test.
Dla mnie to śmieszne i przerażające jednocześnie. W takim
razie, by uwiarygodnić swoją dbałość o wykształcenie społeczeństwa resort
powinien na maturze z matematyki sprawdzać tylko dodawania i odejmowanie. A
potem niech się na studiach zaocznych męczą z takimi „mózgami”.
Na studia, po szkole średniej, wcześniej gimnazjum i
podstawówce, trafia masa po prostu ludzi głupich, cwaniaków, którzy potrzebują tylko
jedno: papier. To ludzie nie potrafiący się wysławiać, na jakikolwiek temat, ze
znikomą najczęściej wiedzą o świecie i swoim kraju. Nie wierzycie? Zróbcie
test. Niech 19-latek powie Wam, kto był pierwszym prezydentem Polski (PRL) po
1945… Uwaga: odpowiedzi mogą Was zniszczyć…
Czy to wina nauczycieli, ze tym młodym zniknęło gdzieś
powołanie? Za 1200 zł miesięcznie, bojąc się czy jakiś uczeń nie ma złego dnia
i na przykład nie wsadzi kosza na głowę? A co z rodzicami? Co z naszą obecną
przestrzenią, wypełniona androidami, facebookami, warcraftami i programami o
nastoletnich ciążach na antenie telewizji znanej sprzed lat tylko i wyłącznie z
muzyki?
Prawda jest taka, że rozwój cywilizacyjny ogłupia jednostkę.
Poprośmy teraz początkującego dziennikarza o napisanie tekstu do 3000 znaków,
za trzy godziny ma być gotowy. Z jednym „ale”. Nie ma Internetu, telefonów
komórkowych. I co? Nagle naturalne dla człowieka cechy zamierają. Następuje paraliż.
Bo zewsząd jesteśmy otoczeni narzędziami, które nas wyręczają, no to po co się wysilać?
Po co młody człowiek ma czytać? Ściągnie na torrencie film i po sprawie.
Tacy właśnie ludzie trafiają na zaoczne studia i nie są
bynajmniej dla uczelni kłopotem. To dla nich zbawienie. Pal licho ich zacofanie
i głupotę. Ważniejsze, że przynoszą ze sobą żywą gotówkę. A też pewnie będą
mieli sporo poprawek – dodatkowa kasa.
Jeszcze 20-30 lat temu wyższe wykształcenie to było coś.
Obecnie spowszedniało. Podobnie jak samo sformułowanie „dziennikarz”. Sad but
true.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz