środa, 3 października 2012

Wykształcenie wyższe nie jest obowiązkiem

Ostatnio w mediach pojawiły się wypowiedzi akademickich profesorów, którzy w niewybrednych słowach oceniają poziom szkolnictwa wyższego w naszym pięknym kraju.
Dorzucę coś od siebie, bowiem życie tak się ułożyło, że byłem na trzech uczelniach. Zaocznie.
Na początek jednak uwaga: nie chce generalizować, pewnie w Polsce nie brakuje uczelni, gdzie do wykształcenia i samych studiów podchodzi się poważnie, ale są one i tak w zdecydowanej mniejszości.
Prawda jest taka, że obecnie student zaoczny chcąc nie kończyć studiów musi się bardzo postarać. Naprawdę bardzo. Weekendowe zajęcia, zazwyczaj weekendowe podejście wykładowców. Egzaminy to w większości farsa, przy której wielu przydają się umiejętności nabyte w podstawówce i gimnazjum – teraz ściągi komórkowe są chyba na szczycie.
Wszyscy wiedzą, że to paranoja lekka. Ale nikt się nie wychyla, bo tak naprawdę układ pasuje wszystkim. Młody człowiek wszak ma wyższe wykształcenie, odpowiedni wpis do CV i jakieś mocniejsze wejście na rynek pracy (gorzej jak dochodzi do rozmowy kwalifikacyjnej i trzeba się odezwać). Jest zadowolony. Uczelnia też. „Wydała” na świat kolejnego bystrzaka, a kasa się zgadza. Ten człowiek to również żywa reklama – powie kumplom, ze w tej szkole jest luz, trochę trzeba chodzić, ale to wszystko.
Moim zdaniem problem jednak nie leży w samej strukturze, czy „mentalności” studiów zaocznych. Źródeł intelektualnego bałaganu należy szukać gdzie indziej. Wcześniej. Wystarczy spojrzeć na próbne testy z matury z matematyki. Tam chcemy się pytać o krok oficjalnie dojrzałych uczniów o to, ile będą kosztować spodnie po podwyżce 30-procentowej, skoro przed nią kosztowały dajmy na to 130 zł. I są cztery odpowiedzi. Bo to test.

Dla mnie to śmieszne i przerażające jednocześnie. W takim razie, by uwiarygodnić swoją dbałość o wykształcenie społeczeństwa resort powinien na maturze z matematyki sprawdzać tylko dodawania i odejmowanie. A potem niech się na studiach zaocznych męczą z takimi „mózgami”.
Na studia, po szkole średniej, wcześniej gimnazjum i podstawówce, trafia masa po prostu ludzi głupich, cwaniaków, którzy potrzebują tylko jedno: papier. To ludzie nie potrafiący się wysławiać, na jakikolwiek temat, ze znikomą najczęściej wiedzą o świecie i swoim kraju. Nie wierzycie? Zróbcie test. Niech 19-latek powie Wam, kto był pierwszym prezydentem Polski (PRL) po 1945… Uwaga: odpowiedzi mogą Was zniszczyć…
Czy to wina nauczycieli, ze tym młodym zniknęło gdzieś powołanie? Za 1200 zł miesięcznie, bojąc się czy jakiś uczeń nie ma złego dnia i na przykład nie wsadzi kosza na głowę? A co z rodzicami? Co z naszą obecną przestrzenią, wypełniona androidami, facebookami, warcraftami i programami o nastoletnich ciążach na antenie telewizji znanej sprzed lat tylko i wyłącznie z muzyki?
Prawda jest taka, że rozwój cywilizacyjny ogłupia jednostkę. Poprośmy teraz początkującego dziennikarza o napisanie tekstu do 3000 znaków, za trzy godziny ma być gotowy. Z jednym „ale”. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych. I co? Nagle naturalne dla człowieka cechy zamierają. Następuje paraliż. Bo zewsząd jesteśmy otoczeni narzędziami, które nas wyręczają, no to po co się wysilać? Po co młody człowiek ma czytać? Ściągnie na torrencie film i po sprawie.
Tacy właśnie ludzie trafiają na zaoczne studia i nie są bynajmniej dla uczelni kłopotem. To dla nich zbawienie. Pal licho ich zacofanie i głupotę. Ważniejsze, że przynoszą ze sobą żywą gotówkę. A też pewnie będą mieli sporo poprawek – dodatkowa kasa.
Jeszcze 20-30 lat temu wyższe wykształcenie to było coś. Obecnie spowszedniało. Podobnie jak samo sformułowanie „dziennikarz”. Sad but true.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz