Jest taka ochota w ludziach, żeby zmieniać, żeby to co już
jest zastępować (niekiedy na siłę) czymś nowym, niekoniecznie lepszym. Ale
nowszym. Dla tych ludzi najważniejsza jest zasada: to co stare – to jest złe.
Obojętnie czym to coś zastąpimy – i tak będzie lepsze, bo nowsze.
Takie właśnie myślenie (nie wiem, czy to przypadkiem nie
zbyt duże słowo w tym kontekście) musiało towarzyszyć tym, którzy lata temu
zdecydowali się przeprowadzić reformę oświaty.
Ich decyzję spowodowały, że 13-latek po ukończeniu szkoły
podstawowej czuje się już bardzo dorosły i już na kolejny szczebel edukacji –
gimnazjum wspina się z arcyważną miną i przeświadczeniem, że teraz wolno mu
wszystko. Najlepiej o tym wiedzą nauczyciele z gimnazjów.
Ja sam byłem niepokorny (chyba jestem tutaj zbyt delikatny)
– co też pewnie doskonale pamiętają moi nauczyciele – zwłaszcza ze szkoły
podstawowej. Mieli ze mną krzyż pański. Wiem. Ale wiem też, że mimo chamskiego
wyszczekania nigdy nie pozwoliłby sobie na zachowania, które dzisiaj stały się
tzw. „normą”. To zaś tylko i wyłącznie – moim skromnym zdaniem – wina owych
reformatorów.
Dzięki temu właśnie teraz mamy nauczycieli (mówią, że bez
powołania, a ja nie wiem dlaczego tak mówią) zarabiających jak kot napłakał i
mających do upilnowania (o wychowaniu nikt już nawet nie przebąkuje) bandę
rozwydrzonych „dorosłych”. Dla których w niektórych przypadkach sami rodzice
już nie są żadnym autorytetem. Bo nie potrafią? Nie. Bo wracają po pracy o
godz. 18-19 i zanim zjedzą obiad jest już po 20. A dzieciak wtedy jest na
Facebooku…
Reformatorom nie przyszło swego czasu do tych mądrych głów,
by jakoś doraźne zadbać o wychowanie i pewną tez przy okazji otwartość młodych
ludzi. Po co lekcje etyki, czy filozofii. Tutaj z kolei kłania się w pas polski
klerykalizm i strach przed tym, co na danym temat (pomysł) powie pan z białym
kołnierzykiem u szyi.
I taki mamy właśnie dzisiaj efekt: 16-letnich absolwentów
gimnazjów, którzy w większości mają już za sobą ten pierwszy raz (niektórzy z
wieczną pamiątką tego wydarzenia), którzy w 2 minuty wytłumaczą mi nowe
aplikacje na Androida, czy Mobile Windowsa, ale którzy jednocześnie robią
maślane oczy niezrozumienia na słowo Kafka, Dostojewski, Hłasko. To ludzie,
którzy prześcigają się w prędkości wysyłanego sms-a, ale nie maja zielonego
pojęcia, jakie miasto jest stolicą Islandii.
Pamiętacie bijące rekordy popularności filmiki na Youtube o
intelektualnych walorach co poniektórych młodych Amerykanów. Którzy słysząc,
że „Turkey” to państwo, a nie podawany w Święto Dziękczynienia ptak.
Sam dosłownie wyłem ze śmiechu oglądając te nagrania i nie
potrafiąc za Chiny ludowe zrozumieć, jak można być aż takim ignorantem, aż tak
zbliżyć swoje IQ do tego, które ma lodówka.
Teraz ten śmiech nieco zamiera w gardle. Bo pojawia się
coraz więcej tak „rozgarniętych” Polaków, absolwentów, a także studentów,
którzy tak naprawdę powinni zakończyć edukację na wykształceniu podstawowym.
Ale jest kasa, są studia zaoczne, tam zaś najczęściej patrzą na czesne a nie na
oceny – no i jest dyplom, jest wyższe wykształcenie, GUS może znowu podać super
dane o mądrym społeczeństwie. To, że połowa z tych mądrych to po prostu debile,
nie mający w życiu jednej książki w ręku – to już nie objęty działaniami
marketingowymi szkopuł. Tylko, ze ten szkopuł zacznie w końcu nas uwierać…
Prędzej niż przypuszczamy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz