wtorek, 2 października 2012

Ciemna strona edukacji

Jest taka ochota w ludziach, żeby zmieniać, żeby to co już jest zastępować (niekiedy na siłę) czymś nowym, niekoniecznie lepszym. Ale nowszym. Dla tych ludzi najważniejsza jest zasada: to co stare – to jest złe. Obojętnie czym to coś zastąpimy – i tak będzie lepsze, bo nowsze.
Takie właśnie myślenie (nie wiem, czy to przypadkiem nie zbyt duże słowo w tym kontekście) musiało towarzyszyć tym, którzy lata temu zdecydowali się przeprowadzić reformę oświaty.
Ich decyzję spowodowały, że 13-latek po ukończeniu szkoły podstawowej czuje się już bardzo dorosły i już na kolejny szczebel edukacji – gimnazjum wspina się z arcyważną miną i przeświadczeniem, że teraz wolno mu wszystko. Najlepiej o tym wiedzą nauczyciele z gimnazjów.
Ja sam byłem niepokorny (chyba jestem tutaj zbyt delikatny) – co też pewnie doskonale pamiętają moi nauczyciele – zwłaszcza ze szkoły podstawowej. Mieli ze mną krzyż pański. Wiem. Ale wiem też, że mimo chamskiego wyszczekania nigdy nie pozwoliłby sobie na zachowania, które dzisiaj stały się tzw. „normą”. To zaś tylko i wyłącznie – moim skromnym zdaniem – wina owych reformatorów.
Dzięki temu właśnie teraz mamy nauczycieli (mówią, że bez powołania, a ja nie wiem dlaczego tak mówią) zarabiających jak kot napłakał i mających do upilnowania (o wychowaniu nikt już nawet nie przebąkuje) bandę rozwydrzonych „dorosłych”. Dla których w niektórych przypadkach sami rodzice już nie są żadnym autorytetem. Bo nie potrafią? Nie. Bo wracają po pracy o godz. 18-19 i zanim zjedzą obiad jest już po 20. A dzieciak wtedy jest na Facebooku…

Reformatorom nie przyszło swego czasu do tych mądrych głów, by jakoś doraźne zadbać o wychowanie i pewną tez przy okazji otwartość młodych ludzi. Po co lekcje etyki, czy filozofii. Tutaj z kolei kłania się w pas polski klerykalizm i strach przed tym, co na danym temat (pomysł) powie pan z białym kołnierzykiem u szyi.
I taki mamy właśnie dzisiaj efekt: 16-letnich absolwentów gimnazjów, którzy w większości mają już za sobą ten pierwszy raz (niektórzy z wieczną pamiątką tego wydarzenia), którzy w 2 minuty wytłumaczą mi nowe aplikacje na Androida, czy Mobile Windowsa, ale którzy jednocześnie robią maślane oczy niezrozumienia na słowo Kafka, Dostojewski, Hłasko. To ludzie, którzy prześcigają się w prędkości wysyłanego sms-a, ale nie maja zielonego pojęcia, jakie miasto jest stolicą Islandii.
Pamiętacie bijące rekordy popularności filmiki na Youtube o intelektualnych walorach co poniektórych młodych Amerykanów. Którzy słysząc, że „Turkey” to państwo, a nie podawany w Święto Dziękczynienia ptak.
Sam dosłownie wyłem ze śmiechu oglądając te nagrania i nie potrafiąc za Chiny ludowe zrozumieć, jak można być aż takim ignorantem, aż tak zbliżyć swoje IQ do tego, które ma lodówka.
Teraz ten śmiech nieco zamiera w gardle. Bo pojawia się coraz więcej tak „rozgarniętych” Polaków, absolwentów, a także studentów, którzy tak naprawdę powinni zakończyć edukację na wykształceniu podstawowym. Ale jest kasa, są studia zaoczne, tam zaś najczęściej patrzą na czesne a nie na oceny – no i jest dyplom, jest wyższe wykształcenie, GUS może znowu podać super dane o mądrym społeczeństwie. To, że połowa z tych mądrych to po prostu debile, nie mający w życiu jednej książki w ręku – to już nie objęty działaniami marketingowymi szkopuł. Tylko, ze ten szkopuł zacznie w końcu nas uwierać… Prędzej niż przypuszczamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz