czwartek, 3 stycznia 2013

Skok na kasę? Nie, to tylko prowizorka

Kilka dni temu rozgorzała (i słusznie!) dyskusja na temat coraz większej liczby fotoradarów na naszych ulicach i prawdziwym polowaniu, jakie rozpoczęła policja wraz z Inspekcją Transportu Drogowego. Dzisiaj bardzo ważny (moim zdaniem) głos w tej sprawie zabrał red. Łukasz Warzecha, zaproszony do porannego studia KCH.
Napomniał w rozmowie o raporcie NIK z 2011 r., w którym postarano się kompleksowo wskazać przyczyny występowania aż tak często sytuacji niebezpiecznych w kraju nad Wisłą. Brawo Panie Redaktorze! Znam ten raport, nawet go swego czasu opisywałem. I rzeczywiście: NIK podaje przeszło 10 powodów, które powodują zagrożenie w ruchu. Na pierwszych miejscach jest fatalny stan dróg (teraz powoli mamy wreszcie drogi, więc załóżmy, że już możemy mówić o ich stanie), kiepski stan techniczny naszych pojazdów oraz brak profesjonalnej i zorganizowanej sieci diagnostycznej.
A co z tą szaloną prędkością, jaką synowie i córki Mieszka osiągają w swoich bolidach? Ano nic. Według NIK nie tu tkwi problem. Wśród owych ponad 10 przyczyn nie ma ani słowa o zbytniej szybkości. I nasza kochana władza o tym doskonale wie. Tylko, co łatwiej robić? Budować i łatać drogi, zmusić Polaków do większej dbałości o własne autka, czy może właśnie stawiać fotoradary?
I jeszcze jedna rzecz, którą poruszył dzisiaj red. Warzecha, a jest ona de facto tajemnicą poliszynela. Rzecz w nieoznakowanych samochodach Inspekcji Transportu Drogowego. Od dawna wiadomo, że owe autka nie mają za zadanie ściganie piratów drogowych i niwelowanie w ten sposób niebezpieczeństwa na drogach. Ich zadaniem jest robienie zdjęć i to jak najwięcej. Po prostu.
Z jednym jednak się nie zgodzę. Otóż bardzo częsta powtarzana jest opinia, iż jest to rządowy (kolejny) skok na kasę przeciętnego Polaka. Uważam, że tak nie jest. Bo nawet, jak fotoradary zaczną nas mocno kosić, to naprawdę wierzycie, że zbuduje się góra pieniędzy, która np. starczy na budowę obwodnic przy wielkich miastach? Ja aż tak naiwny nie jestem.
To nic innego jak prowizorka, żeby za kilka lat nikt nie śmiał powiedzieć, że obecny rząd psinco robił w sprawie bezpieczeństwa na drogach. Jak to psinco?? A fotoradary?

Związek jak Grek

Komunalny Związek Komunikacyjny Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego broni się rękami i nogami przed zmianami. Struktura tak skostniała, jak sam ciągle funkcjonujący – chociaż już niewiele mający wspólnego z rzeczywistością – skrót. I też fajne lądowisko dla samorządowych spadochroniarzy (np. były prezydent Chorzowa Marek Kopel, teraz w KZK GOP drugi po Bogu).
Teraz Wodzisław chce pokazać, że z organizacją komunikacji u siebie doskonale sam sobie poradzi, bez nachalnej i mocno kosztownej pomocy Związku. Nie ma w tym nic odkrywczego. Wszak na podobnej zasadzie lata temu dokonały tego m.in. Tychy, czy Jaworzno.
Bo Związek od początku traktuje region, jakby już był aglomeracją, konurbacją, czy jakąś inną „nacją”. Tymczasem śląskie miasta raczej ciągną w odwrotne strony niż poszukują platformy porozumienia. Więc ów Związek to prowizorka i to na siłę.
A propos siły: jeszcze w 2012 rok sąd uznał, iż prezydenci poszczególnych miast, którzy zasiadają we władzach Związku nie powinni pobierać z tego tytułu jakichkolwiek pieniędzy. Dwa bodaj dni przeszło bez echa. Ale nie trzeba było długo czekać. Prezydenci będą walczyć o swoje. Są jak Grecy, którzy nie rozumieli (i pewnie wielu z nich dalej nie pojmuje), że pracodawca im nie będzie już płacić za mycie rąk w pracy, czy grzanie silnika samochodu (to niestety nie są żarty). Tworzymy komunikacje w regionie, a wy nam nie chcecie płacić? Jak to tak?
Myślę, że gliwicko-chorzowska siła związku, podsycana siłą PO zapewni Związkowi spokój. Podobnie, jak między bajki można włożyć plany aglomeracyjne, czy stworzenie jednego miasta. Pojedyncze interesy są ciągle zbyt mocne.

środa, 2 stycznia 2013

Szczerość a szacunek

Poprzednie 12 miesięcy były dla mnie czasem nie najlepszym. To znaczy aż tak źle nie było: dzieci rosły, żona zmieniła pracę (wreszcie mobbing będzie znała tylko z definicji, a nie z własnej skóry) i w sumie jakoś tam było. 
Służbowo? Jedna solidna wpadka, dzięki której jednak i na świat i na niektórych ludzi spojrzałem nieco inaczej. Kolejny raz się sprawdziło, że nawet bardzo złe doświadczenia mogą być konstruktywne. I prawdziwa katastrofa na koniec, czyli okazało się, że nawet moi bliscy chyba mnie do końca nie znają i nawet przed nimi muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Co gorsza: po przeprowadzeniu całego procesu dowodowego przekonanych dalej jest jak na lekarstwo.
Bo jestem za chwilę 40-letnim gościem, który – przynajmniej ja to tak widzę – ma prawo do samoistnienia i samodecydowania tak jak 18-leti młodzieniec, czy 85-letnia staruszka.
Tymczasem niektórzy uważają, że szacunek do osób starszych winien wyrażać się tym, żeby nie pokazywać im całego swojego ja. Bo jeszcze ich coś urazi. Bez szukania na siłę synonimów dla mnie to nic innego, jak okłamywanie takiej osoby pod płaszczykiem niby szacunku.
Szczerość i prawda – to prawdziwe (dla mnie) wyznaczniki szacunku, a nie obligatoryjny uśmiech i nakaz bycia miłym. To kompletne pomylenie pojęć. Osobiście zawsze będę wolał prawdę, nawet tę najgorszą. I zawsze będę szanował osoby, który będą mi ją mówić. Tym wszystkim sztucznie miłym, każącym mi też wejść w tę ohydną konwencję, gdzie asertywność ma poziom depresji Morza Czarnego z okazji 2013 roku mówię delikatnie acz stanowczo: dajcie mi święty spokój. Nie moja piaskownica, nie moje zabawki.

poniedziałek, 8 października 2012

Sondaż prawdę Ci powie? Żart

Żeby już nie przytrafił się żadny nudny weekend, trzeba jak się umie starać się, żeby w serwisach pojawił się jakiś trup. I najlepiej jakieś skopane dziecko przez tatusia. Co?! Że nic takiego nie ma?! A co mnie to k…. obchodzi, z czego mam zrobić blok?!
Na szczęście tak zdesperowanym wydawcom na ratunek przychodzą sondaże opinii publicznej. Kiedyś charakterystyczne jedynie dla stricte przedwyborczej rzeczywistości – dzisiaj dzielą i rządzą każdego dnia. Niezależnie od politycznej aury.
I ów sondaż stał się rzeczywiście wybawieniem minionego weekendu, podczas którego żaden skandynawski wojownik o prawdę nie zastrzelił kilkudziesięciu osób, nie wyszła na światło dzienne tajemnica żadnego ojca przetrzymującego od 20 lat swoją córkę-kochankę, a wojaże i związane z nimi przygody Katarzyny W. już przestały interesować społeczeństwo, które uparcie najchętniej kupuje gazetę Fakt. Ale za to jest sondaż i to sensacyjny! Po latach na czele nie ma Tuskowej partii a jedynie słuszne ramie prezesa Kaczyńskiego. I weekend gotowy. Kolejni goście w studiach, dywagacje tak naprawdę nie mające żadnego sensu i pełen wachlarz spekulacji.
Już co poniektórzy publicyści mówią o przełamaniu w polskiej polityce, o końcu marketingowej zasłony Tuska. Teraz Polacy w końcu przejrzą na oczy i zrozumieją, jak naprawdę źle im się żyje – tylko dzięki jednemu sondażowi.
Tymczasem ja z kolei uważam (na serio abstrahując od wyników danych sondaży), że warto przyjrzeć się samym sondażom, które – wedle mojej opinii – stały się niczym więcej, jak tylko kolejnym, unowocześnionym narzędziem marketingowym, który służy tak jak wszystkie inne: do manipulacji.
Najlepiej tę sytuację porównać do skomplikowanych skądinąd kwestii giełdowych. Tam rynek spekulacją stoi. Specjaliści od takich technik żyją w luksusach. Mimo, że nienawidzi ich cały świat, mimo, ze ich działania są nielegalne, tylko że bardzo trudno je udowodnić. Ale informacja poszła w świat, przyniosła określone efekty, wcześniej zamierzone. Wszystko się zgadza i wszyscy są szczęśliwi.
Więc dla mnie sondażowa ruletka nie różni się niczym od giełdowych spekulacji. Politycy mają o czym gadać, niektórzy pewnie się z tego cieszą, bo tym samym nie gadają o tym, o czym akurat powinni. Dziennikarze też zajęci – obrabiają sondaż z lewa i prawa. Grupę beneficjentów poszerza (chociaż tak naprawdę właśnie tworzy) dane biuro badania opinii publicznej. Znowu zarobione pieniądze. Te i następne. Bo przecież za chwilę znowu ktoś zleci sondaż, żeby zobaczyć, czy uchwycone ostatnim razem tendencje utrzymują się, zmieniają, a może doszło jeszcze inne zjawisko.
Co z tego, że ten kolejny sondaż może diametralnie różnić się od wcześniejszego? Człowiek zmienia swoje zdanie. A co się stało kilka lat temu, kiedy przed wyborami można było mówić o kompromitacji biur badania opinii, gdyż wypracowane przez nie sondaże diametralnie (kilka punktów procentowych) różniły się od rzeczywistych wyborów? Czy to coś zmieniło, zraziło nas do sondaży? Absolutnie nie. Bo tak gdzie potęga pieniądza, tam palce same układają się na ustach…

środa, 3 października 2012

Wykształcenie wyższe nie jest obowiązkiem

Ostatnio w mediach pojawiły się wypowiedzi akademickich profesorów, którzy w niewybrednych słowach oceniają poziom szkolnictwa wyższego w naszym pięknym kraju.
Dorzucę coś od siebie, bowiem życie tak się ułożyło, że byłem na trzech uczelniach. Zaocznie.
Na początek jednak uwaga: nie chce generalizować, pewnie w Polsce nie brakuje uczelni, gdzie do wykształcenia i samych studiów podchodzi się poważnie, ale są one i tak w zdecydowanej mniejszości.
Prawda jest taka, że obecnie student zaoczny chcąc nie kończyć studiów musi się bardzo postarać. Naprawdę bardzo. Weekendowe zajęcia, zazwyczaj weekendowe podejście wykładowców. Egzaminy to w większości farsa, przy której wielu przydają się umiejętności nabyte w podstawówce i gimnazjum – teraz ściągi komórkowe są chyba na szczycie.
Wszyscy wiedzą, że to paranoja lekka. Ale nikt się nie wychyla, bo tak naprawdę układ pasuje wszystkim. Młody człowiek wszak ma wyższe wykształcenie, odpowiedni wpis do CV i jakieś mocniejsze wejście na rynek pracy (gorzej jak dochodzi do rozmowy kwalifikacyjnej i trzeba się odezwać). Jest zadowolony. Uczelnia też. „Wydała” na świat kolejnego bystrzaka, a kasa się zgadza. Ten człowiek to również żywa reklama – powie kumplom, ze w tej szkole jest luz, trochę trzeba chodzić, ale to wszystko.
Moim zdaniem problem jednak nie leży w samej strukturze, czy „mentalności” studiów zaocznych. Źródeł intelektualnego bałaganu należy szukać gdzie indziej. Wcześniej. Wystarczy spojrzeć na próbne testy z matury z matematyki. Tam chcemy się pytać o krok oficjalnie dojrzałych uczniów o to, ile będą kosztować spodnie po podwyżce 30-procentowej, skoro przed nią kosztowały dajmy na to 130 zł. I są cztery odpowiedzi. Bo to test.

Dla mnie to śmieszne i przerażające jednocześnie. W takim razie, by uwiarygodnić swoją dbałość o wykształcenie społeczeństwa resort powinien na maturze z matematyki sprawdzać tylko dodawania i odejmowanie. A potem niech się na studiach zaocznych męczą z takimi „mózgami”.
Na studia, po szkole średniej, wcześniej gimnazjum i podstawówce, trafia masa po prostu ludzi głupich, cwaniaków, którzy potrzebują tylko jedno: papier. To ludzie nie potrafiący się wysławiać, na jakikolwiek temat, ze znikomą najczęściej wiedzą o świecie i swoim kraju. Nie wierzycie? Zróbcie test. Niech 19-latek powie Wam, kto był pierwszym prezydentem Polski (PRL) po 1945… Uwaga: odpowiedzi mogą Was zniszczyć…
Czy to wina nauczycieli, ze tym młodym zniknęło gdzieś powołanie? Za 1200 zł miesięcznie, bojąc się czy jakiś uczeń nie ma złego dnia i na przykład nie wsadzi kosza na głowę? A co z rodzicami? Co z naszą obecną przestrzenią, wypełniona androidami, facebookami, warcraftami i programami o nastoletnich ciążach na antenie telewizji znanej sprzed lat tylko i wyłącznie z muzyki?
Prawda jest taka, że rozwój cywilizacyjny ogłupia jednostkę. Poprośmy teraz początkującego dziennikarza o napisanie tekstu do 3000 znaków, za trzy godziny ma być gotowy. Z jednym „ale”. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych. I co? Nagle naturalne dla człowieka cechy zamierają. Następuje paraliż. Bo zewsząd jesteśmy otoczeni narzędziami, które nas wyręczają, no to po co się wysilać? Po co młody człowiek ma czytać? Ściągnie na torrencie film i po sprawie.
Tacy właśnie ludzie trafiają na zaoczne studia i nie są bynajmniej dla uczelni kłopotem. To dla nich zbawienie. Pal licho ich zacofanie i głupotę. Ważniejsze, że przynoszą ze sobą żywą gotówkę. A też pewnie będą mieli sporo poprawek – dodatkowa kasa.
Jeszcze 20-30 lat temu wyższe wykształcenie to było coś. Obecnie spowszedniało. Podobnie jak samo sformułowanie „dziennikarz”. Sad but true.

Logika umyka razem z dymem

Wyobraźmy sobie dosyć jednak typową sytuację: z naszym życiowym partnerem decydujemy się na zakup samochodu. Zanim postawimy nasze stopy za progiem mieszkania, szukamy w necie dobrego komisu, skąd klienci wracają po prostu zadowoleni. Ustalamy priorytety i ruszamy w drogę.
Właściciel komisu po wysłuchaniu, czego my oczekujemy od naszego nowego pojazdu – wskazuje na trzy samochody: X, Y i Z. Zachwala każdego z nich, ale też uczciwie wspomina o mankamentach.
Więc X jest szybki, jazda nim rozluźnia, ale też łatwo przesadzić z agresją; Y z kolei też działa antystresowo, uspokajająco, tylko, że na dłuższą metę jazda nim zwyczajnie nuży. Pojazd Z jest pod tym względem najlepszy: nie ma stresu, znużenia, agresji. Bezpiecznie i spokojnie.
Patrzymy w oczy partnera. Szybko, automatycznie. Ok, to bierzemy rzecz jasna auto Z. Wtedy właściciel mówi, że to niemożliwe, bo poruszanie się tym autem po polskich drogach jest sprzeczne z polskim prawem. Ale dlaczego, skoro jest najbezpieczniejszy, najmniej szkodliwy dla środowiska etc.?
Nie mam zielonego pojęcia, też tego nie rozumiem – odpowiada właściciel, bezradnie rozkładając ręce.
Tak właśnie widzę politykę polskiego państwa względem trzech używek: alkoholu, nikotyny oraz marihuany. Od razu może napiszę, że nie będę prowadził rozmów na ten temat z ludźmi, którzy twierdzą, że zapalenie jointa skazuje na tzw. twarde narkotyki i wstrzykiwanie opiatów w żyłę. Bo to nic innego, jak obrażanie co najmniej połowy Polaków. Wszak każdy z nich wypił w życiu piwo. Czy zaraz potem szedł do kiosku po wodę brzozową? Zostawmy jednak populizm, on i tak nie jest sam w licznym towarzystwie.
Jaka jest definicja narkotyku? Moja jest prosta: narkotyk uzależnia (fizycznie, psychicznie bądź tak i tak) oraz jego długotrwałe zażywanie wywołuje negatywne skutki uboczne dla zdrowia, łącznie ze śmiercią. W takim rozumieniu zarówno alkohol, jak i nikotyna to bezsprzecznie narkotyki. Kofeina zresztą też.
Nie ma też sensu powtarzać, za WHO, czy licznymi opiniotwórczymi (przynajmniej w świecie nauki) artykułami w prasie branżowej, że marihuana jest zdecydowanie mniej szkodliwa od alkoholu i papierosów. To fakt. Z którym nawet w naszym kraju się nie dyskutuje. Czemu? Bo u nas rozmowa wygląda następująco: umawiamy się, że dyskutujemy o stoliku w biurze; pada argument o trzech, a nie czterech nogach. Druga strona w odpowiedzi stwierdza, że zmieniłaby kolor ścian. Ale mieliśmy rozmawiać o stole… Kolor jest nie do przyjęcia – argumentacja staje w miejscu i dyskusja się kończy.

Tak więc marihuana przede wszystkim nie uzależnia fizycznie, w odróżnieniu od na przykład alkoholu. Owszem, uzależnia psychicznie. Jak chociażby kawa. Co to oznacza? Czy człowiek, jak nie wypije rano tradycyjnego kubka kawy szuka sznura do powieszenia się? Ma drgawki, piana z ust mu cieknie? Nie (chociaż wszystko jest możliwe), raczej ma po prostu gorszy nastrój, co zresztą po kilku chwilach mija. Oto uzależnienie psychiczne. I jeszcze jeden aspekt: psychiczne uzależnienie kawy powoduje, że w mózgu istnieje głównie tylko jeden obraz odprężenia i wyluzowania – przy kubku. Tak samo jest z marihuaną.
Nie ma sensu także powtarzać katastrofalnych wpływów alkoholu i papierosów na ludzki organizm. Marihuana zaś nie dość, że szkodzi zdecydowanie mniej, to jeszcze bezczelnie pomaga. I to na wiele schorzeń. Dlatego np. w Hiszpanii ludzie cierpiący na chroniczny ból mogą oficjalnie rezygnować z rujnującej wątrobę morfiny i sobie w zamian zapalić. Cierpienie mija, wątroba nienaruszona.
Nie to jest jednak ciekawe. Najbardziej interesujące jest to, że wydawać by się mogło ludziom stojącym na czele kraju nad Wisłą nie brakuje IQ, rozsądku, czy umiejętności logicznego myślenia. Znają więc te wszystkie dane. Ale uparcie wsadzają za posiadanie nawet najmniejszej ilości marihuany do więzienia, jednocześnie pozwalając, żeby 18-letni człowiek kupił w sklepie pół litra spirytusu za 20 zł, zrobił z niego litr mocnego alkoholu i wypił duszkiem, następnie zapaść i bilet w jedną stronę. To każdy pełnoletni może zrobić, w świetle prawa. Broń Boże, żeby w kieszeni miał kilka gramów pochodzącej od Natury roślinki.
Na pierwszy rzut oka widać, że tutaj logika zdecydowanie obróciła się plecami i zaczyna odchodzić w siną dal. Czy można jakoś wytłumaczyć takie zachowanie włodarzy? Można.
Są dwie możliwości. Po pierwsze tradycja i strach przed nowym. Ściślej: strach przed tym, co na to powie właśnie tradycyjny, wpatrzony w krzyż elektorat. Po drugie: gospodarcze lobby. Wyobraźmy sobie bowiem, że w Polsce nastają Czechy i każdy może sadzić do pięciu krzaków. Oczywiście w pierwszych miesiącach nasz kraj zamienia się autentycznie w zieloną wyspę. Automatycznie spada ilość spożywanego alkoholu i papierosów też. Drogowcy się cieszą, bo liczba wypadków i kolizji drogowych też poleciała na łeb i na szyję. Kto się martwi? Producenci alkoholu i papierosów. Zwłaszcza ci pierwsi mają przechlapane, straty idą w miliardy. Więc może po prostu logikę z rozważań na temat marihuany wygania odpowiednie lobby? Podobnie, jak to w USA, które co chwila sprzeciwia się liberalizacji prawa – bo tam większość więzień to prywatne biznesy. A taki biznes bez więźniów nie ma przecież sensu. Kółko się zamyka. Tutaj jest podobnie.
Tymczasem pseudoliberałowie (pewnie jakby Mills słyszał jak Tusk mówi o sobie: jestem liberałem, to by się po prostu przewrócił. Ze śmiechu) nie widzą w tym wszystkich szansy. Również dla gospodarki.
Wystarczy przejąć przez państwo wszelkie uprawy i hodowle (nasze gleby nadają się do tego zdecydowanie lepiej niż holenderskie), usankcjonować handel, nałożyć akcyzę. I tyle.
Ale w Polsce wolimy żyć w zliberalizowanym kłamstwie i obłudzie. W tradycyjnym, upitym społeczeństwie, gdzie widok kompletnie pijanego człowieka de facto nie wzbudza żadnej reakcji, za to człowiek z jointem w ręku – już tak. Bo on jest pewnie nieprzytomny i z kieszeni wyciągnie CKM (nie chodzi o pewien prasowy tytuł), albo F16.
Czy jest szansa, że owa spirala kłamstwa się skończy? Nie, dopóki politycy (niezależnie od przynależności partyjnej) będą nadal kibicować społeczeństwu zamkniętemu, wiernemu swoim tradycjom. I tylko swoim. W strachu przed reakcją na nowe i „co z ambony powiedzą”.
Lepiej wlewać w siebie – zgodnie z prawem – litry alkoholu. Awanturować się potem w domu, potem kolejna „setka” na rozruch i do samochodu. Lepiej rzeczywiście tak, ku uciesze alkoholowych baronów.

wtorek, 2 października 2012

Marketingowy majstersztyk

Pamiętam swój chrzest. Niesamowite? Nie do końca. Miałem 8 lat, tuż przed komunią świętą, której nie mogłem otrzymać bez chrztu właśnie. A tegoż nie miałem bo moi rodzicie nie mają ślubu kościelnego. Kościół więc wini za to nową owieczkę i nie oblewa ją wodą.
Wreszcie po jakiś administracyjnych zabiegach Michał Tabaka zostaje ochrzczony. Zawsze byłem wysoki jak na swój wiek, a wtedy trafiłem na mniejszej postury księdza, który konewkę z wodą trzymając musiał wspiąć się na palce, co by mnie oblać (znaczy się zmyć grzech główny).
Teraz, jako ojciec dwóch synów, reaguje na chrzest dosyć agresywnie. Dlaczego? Bo to marketingowy majstersztyk, z pominięciem jednego z filarów chrześcijaństwa – wolnego wyboru.
Bo czy ktoś pyta noworodka, czy chce być członkiem tej wspólnoty. Nie, wszak decydują za niego rodzice. Ci zaś często boją się po prostu społecznego odium: co ludzie powiedzą?

Taktyka Kościoła w sprawie chrztu mnie tak bardzo nie dziwi. To nic innego jak element wielkiej strategii, żeby przynajmniej statystyka była po ich stronie. Jakie przykłady? Proszę bardzo.
Kto z Was czytał Stary Testament? A tam dekalog? Proszę sobie wydrukować. Potem wydrukować te przykazania obowiązujące. Widać różnicę? Ano widać. Z oryginalnego składu przykazać zniknęło to zabraniające modlić się (do jakiegokolwiek boga!) na ziemi, w wodzie i w powietrzu. A jak się coś wyrzuca, to powstaje deficyt. Ale temu Kościół też zaradził. Efektem jest dziesiąte przykazanie, które samo w sobie nic nie znaczy: „ani żadnej rzeczy jaka jego jest”. To nic innego jak podzielnie, „na siłę” ostatniego przekazania, żeby jednak było ich 10 i żeby zlikwidować ów deficyt.
Dla mnie to nic innego jak manipulacja, jak zapisywanie do swoich szeregów bez pytania o zgodę.
Tak właśnie widzę Kościół. Jako ateista niekiedy zazdroszczę łaski wiary. Uważam bowiem, ze ludziom naprawdę wierzącym żyje się łatwiej. Mają bowiem nadzieję. Nadzieję na życie pozagrobowe, na spotkanie z bliskimi. Ateista tego nie ma. Tyle, że Kościół tworzą ludzie. Mogą spotkać się na leśnej polanie i wspólnie starać się rozmawiać z Bogiem. To też będzie dla mnie Kościół. I zdecydowanie bardziej prawdziwszy od tego w marmurowych ścianach, z niepłaceniem podatków od nieruchomości, z kreowaniem rzeczywistości (również politycznej) z ambony.
Dzisiaj Kościół musi przede wszystkim zrozumieć, że czasy taniej jednak manipulacji bezpowrotnie mijają To jeszcze działa, ale pole rażenia jest coraz mniejsze. Jaka rada? Najtrudniejsza: uczciwość.
Kurczę, znowu jestem naiwnym idealistą…