poniedziałek, 22 czerwca 2015

Olej groźniejszy od gwałtu



Jeździcie autobusami, wkładacie maski, do pierwszego szeregu wystawiacie klakierów sami w tym czasie kryjąc się chociaż na chwilę w cieniu. Rozumiem. Polityka. Marketing. Takie tam. Cel jest prosty: władza. I to oczywiste, nie mam z tym żadnego problemu. Ale kiedy do tegoa gara wrzucacie garść głupoty i idiotyzmu - to już nie wytrzymuję.
Dzisiaj tylko debil może zaprzeczać medycznym właściwościom marihuany. W czasach stonki ziemniaczanej można byłoby używać socjotechnik, dzięki którym Polak wierzyłby, że paląc tego biednego chwasta łączy się bez woli z obcym wywiadem chcącym zakłócić rajski spokój kraju nad Wisłą.
Tylko, że stonki nigdzie już nie ma, co można zaobserwować z pozycji kucznej w klozecie. Wystarczy prostokąt w ręku zwany smartfonem. To jednak w żaden sposób nie ogranicza polskich decydujących od wrzucania do strawy naszej głupoty w czystej postaci.
Olej RSO, zawierający śladowe ilości substancji psychoaktywnej, jest wedle nich gorszy niż gwałt. Za jego sprowadzenie do rajskiego padołu jednego z biskupów Rzymu i wielu innych wybitnych grozi dzisiaj kara do 15 lat oglądania nieba we wzorze krata. 
Ręce opadają. Tak samo, jak słyszę o kolejnych partyjnych inicjatywach w tej sprawie. Dlaczego? Bo robią to tylko ze względów politycznych. Bo zbliża się do nas wielkimi krokami nowe rozdanie polityczne i spryciarze szukają na siłę wszelkich punktów zaczepienia, co by wirująca karuzela i ich nie zdmuchnęła. Bo jak zapytacie się szefów PO, PiS, SLD, PSL i wielu innych o tym, co to jest THC, a czym się różni od CBD, dlaczego marihuana podnosi ciśnienie międzyczaskowe, wzbudza apetyt i "zamraża" nasze komórki rakowe - to w odpowiedzi zobaczycie rozdarte usta. Jak się zamkną padną słowa mające nas zdeskredytować - normalna reakcja tego, który nie kuma w stosunku do tego, który na szczęście rozumie. 
Ale mentalność jednak się zmienia. Może zbyt powoli, możę niekiedy kłody absurdu zbyt duże, ciężkie. To jednak proces nieuchronny. A za kilkadziesiąt lat Polacy na swoich przodków z początków XXI wieku patrzeć będą jak na ufoludków pozbawionych rozumu (w sumie nic się nie zmieni, bo jak Polacy co kilkadziesiąt lat się oglądają, to właśnie podobne wrażenie mają).
Innego wyjścia nie ma. Nawet my nie potrafimy tak długo być głupi. 

poniedziałek, 28 października 2013

Głodówka made in Zuckerberg

Z racji zboczenia zawodowego dla mnie wszelkie instrumenty, które pomagają mi szybko uzyskać, ale też opublikować informację – są zbawienne. W tym względzie w naszych czasach, kiedy jak czytam, kreda ma już ze szkół zniknąć na zawsze, jeszcze nie czuję się do końca nieswojo. Jeszcze wykorzystuję dobra technologii.
Zanim nadejdzie czas, kiedy moi synowie, albo ich synowie (córki może) będą mi tłumaczyć cierpliwie coś tak skomplikowanego, jak dzisiaj dla mojej Mamy obsługa excela, czy umieszczenie wszystkich kont mailowych w jednym programie, już teraz dostrzegam niebezpieczeństwa.
Dzisiaj informacje gotujemy w jednym, olbrzymim worze. Nie ma już żelaznego podziału na tych, którzy je kreują i tych, którzy odbierają. Sprzężenie zwrotne też się pomieszało. Łowiąc zaś z gara coraz częściej trzeba mieć na uwadze, że na końcu wędki możemy zobaczyć zamiast najmniejszej nawet ryby, chociażby skarpetę, o kaloszu nie wspominając.
Nie będę chyba musiał z pochodnią chodzić, by znaleźć zwolenników hipotezy, jakoby zła informacja, to znaczy opacznie lub tylko częściowo zrozumiała może przynieść więcej szkody niż milczenie na dany temat zupełne.  Przykładem takiego mojego rozumowania, jakby jego podporą, są krótkie, niekiedy wręcz lakoniczne relacje z głodówek, które co najmniej raz do roku na własnym organizmie przeprowadzam.
Wrzucanie dwóch skromnych ziaren do kotła informacji przynosi przede wszystkim efekt empatii. Ludzie kibicują, wspierają, dociekają. Tyle, że obok wszystkich potraw w kotle, pływają też interpretacyjne zioła. I tu tak naprawdę zaczyna się nasza medialna rzeczywistość. Albo tłumaczymy, albo milczymy. Albo tłumaczymy, ale wybranym. A innym nie trzeba? Byleby tylko samo tłumaczenie informacji nie okazało się bardziej czasochłonne od przekazanie tłumaczonej później informacji. Jeżeli tyczy się to spraw ideologicznych, albo jeszcze gorzej politycznych, to raczej więcej niż pewne, że potrawą z kotła się pobrudzimy, jakieś zioła nas oblepią…
Nieco inaczej jest, kiedy informacja ma zdecydowanie mniejszą wagę, przynajmniej dla szeroko rozumianych odbiorców. Wtedy groźba kulinarnej katastrofy jest po prostu mniejsza.
Tak jak właśnie z moją głodówką, gdzie akcentuje przede wszystkim odtrucie organizmu. I jasne, pojawiają się „zioła”: że organizm wytwarza toksyny, które nie wydzielane na zewnątrz – szkodzą, że człowiek robi sobie krzywdę, a też że tradycyjna medycyna jest cool i basta!
Wtedy w tym kotle celowo nie pisałem, że dla mnie głodówka to także próba. Próba psychiki. Próba udowodnienia sobie, że to jednak ja mam (przynajmniej niekiedy) przewagę nad niektórymi substancjami, a nie odwrotnie. Że jako nałogowy, długoletni palacz, podczas głodówki muszę także papierosom powiedzieć: papapa…. Że jak zaczynam jeść po głodówce, to zaczynam też palić. „Zioła” wrzeszczą: zwariowałeś, rzuć to w pierony…. A ja lubię palić, udowodniłem sobie coś i do tego wracam. Świadomie, nie kierowany w takim stopniu uzależnieniem fizycznym, czy psychicznym.
Głodówka bowiem jest dla nie treningiem mojej psychiki, mocno pokiereszowanej, szukającej chociaż raz na parę miesięcy wytchnienia, restartu…

Tylko, czy wrzucać to „mięso” do kotła? Zagęści potrawę? Uczyni ją strawniejszą? A może dodatkowe „zioła” dodatkowo sprawę zagmatwają? Dużo tych pytań, a odpowiedzi jakby nieśmiałe pensjonariuszki, ukrywają się zza rogiem…

czwartek, 3 stycznia 2013

Skok na kasę? Nie, to tylko prowizorka

Kilka dni temu rozgorzała (i słusznie!) dyskusja na temat coraz większej liczby fotoradarów na naszych ulicach i prawdziwym polowaniu, jakie rozpoczęła policja wraz z Inspekcją Transportu Drogowego. Dzisiaj bardzo ważny (moim zdaniem) głos w tej sprawie zabrał red. Łukasz Warzecha, zaproszony do porannego studia KCH.
Napomniał w rozmowie o raporcie NIK z 2011 r., w którym postarano się kompleksowo wskazać przyczyny występowania aż tak często sytuacji niebezpiecznych w kraju nad Wisłą. Brawo Panie Redaktorze! Znam ten raport, nawet go swego czasu opisywałem. I rzeczywiście: NIK podaje przeszło 10 powodów, które powodują zagrożenie w ruchu. Na pierwszych miejscach jest fatalny stan dróg (teraz powoli mamy wreszcie drogi, więc załóżmy, że już możemy mówić o ich stanie), kiepski stan techniczny naszych pojazdów oraz brak profesjonalnej i zorganizowanej sieci diagnostycznej.
A co z tą szaloną prędkością, jaką synowie i córki Mieszka osiągają w swoich bolidach? Ano nic. Według NIK nie tu tkwi problem. Wśród owych ponad 10 przyczyn nie ma ani słowa o zbytniej szybkości. I nasza kochana władza o tym doskonale wie. Tylko, co łatwiej robić? Budować i łatać drogi, zmusić Polaków do większej dbałości o własne autka, czy może właśnie stawiać fotoradary?
I jeszcze jedna rzecz, którą poruszył dzisiaj red. Warzecha, a jest ona de facto tajemnicą poliszynela. Rzecz w nieoznakowanych samochodach Inspekcji Transportu Drogowego. Od dawna wiadomo, że owe autka nie mają za zadanie ściganie piratów drogowych i niwelowanie w ten sposób niebezpieczeństwa na drogach. Ich zadaniem jest robienie zdjęć i to jak najwięcej. Po prostu.
Z jednym jednak się nie zgodzę. Otóż bardzo częsta powtarzana jest opinia, iż jest to rządowy (kolejny) skok na kasę przeciętnego Polaka. Uważam, że tak nie jest. Bo nawet, jak fotoradary zaczną nas mocno kosić, to naprawdę wierzycie, że zbuduje się góra pieniędzy, która np. starczy na budowę obwodnic przy wielkich miastach? Ja aż tak naiwny nie jestem.
To nic innego jak prowizorka, żeby za kilka lat nikt nie śmiał powiedzieć, że obecny rząd psinco robił w sprawie bezpieczeństwa na drogach. Jak to psinco?? A fotoradary?

Związek jak Grek

Komunalny Związek Komunikacyjny Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego broni się rękami i nogami przed zmianami. Struktura tak skostniała, jak sam ciągle funkcjonujący – chociaż już niewiele mający wspólnego z rzeczywistością – skrót. I też fajne lądowisko dla samorządowych spadochroniarzy (np. były prezydent Chorzowa Marek Kopel, teraz w KZK GOP drugi po Bogu).
Teraz Wodzisław chce pokazać, że z organizacją komunikacji u siebie doskonale sam sobie poradzi, bez nachalnej i mocno kosztownej pomocy Związku. Nie ma w tym nic odkrywczego. Wszak na podobnej zasadzie lata temu dokonały tego m.in. Tychy, czy Jaworzno.
Bo Związek od początku traktuje region, jakby już był aglomeracją, konurbacją, czy jakąś inną „nacją”. Tymczasem śląskie miasta raczej ciągną w odwrotne strony niż poszukują platformy porozumienia. Więc ów Związek to prowizorka i to na siłę.
A propos siły: jeszcze w 2012 rok sąd uznał, iż prezydenci poszczególnych miast, którzy zasiadają we władzach Związku nie powinni pobierać z tego tytułu jakichkolwiek pieniędzy. Dwa bodaj dni przeszło bez echa. Ale nie trzeba było długo czekać. Prezydenci będą walczyć o swoje. Są jak Grecy, którzy nie rozumieli (i pewnie wielu z nich dalej nie pojmuje), że pracodawca im nie będzie już płacić za mycie rąk w pracy, czy grzanie silnika samochodu (to niestety nie są żarty). Tworzymy komunikacje w regionie, a wy nam nie chcecie płacić? Jak to tak?
Myślę, że gliwicko-chorzowska siła związku, podsycana siłą PO zapewni Związkowi spokój. Podobnie, jak między bajki można włożyć plany aglomeracyjne, czy stworzenie jednego miasta. Pojedyncze interesy są ciągle zbyt mocne.

środa, 2 stycznia 2013

Szczerość a szacunek

Poprzednie 12 miesięcy były dla mnie czasem nie najlepszym. To znaczy aż tak źle nie było: dzieci rosły, żona zmieniła pracę (wreszcie mobbing będzie znała tylko z definicji, a nie z własnej skóry) i w sumie jakoś tam było. 
Służbowo? Jedna solidna wpadka, dzięki której jednak i na świat i na niektórych ludzi spojrzałem nieco inaczej. Kolejny raz się sprawdziło, że nawet bardzo złe doświadczenia mogą być konstruktywne. I prawdziwa katastrofa na koniec, czyli okazało się, że nawet moi bliscy chyba mnie do końca nie znają i nawet przed nimi muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Co gorsza: po przeprowadzeniu całego procesu dowodowego przekonanych dalej jest jak na lekarstwo.
Bo jestem za chwilę 40-letnim gościem, który – przynajmniej ja to tak widzę – ma prawo do samoistnienia i samodecydowania tak jak 18-leti młodzieniec, czy 85-letnia staruszka.
Tymczasem niektórzy uważają, że szacunek do osób starszych winien wyrażać się tym, żeby nie pokazywać im całego swojego ja. Bo jeszcze ich coś urazi. Bez szukania na siłę synonimów dla mnie to nic innego, jak okłamywanie takiej osoby pod płaszczykiem niby szacunku.
Szczerość i prawda – to prawdziwe (dla mnie) wyznaczniki szacunku, a nie obligatoryjny uśmiech i nakaz bycia miłym. To kompletne pomylenie pojęć. Osobiście zawsze będę wolał prawdę, nawet tę najgorszą. I zawsze będę szanował osoby, który będą mi ją mówić. Tym wszystkim sztucznie miłym, każącym mi też wejść w tę ohydną konwencję, gdzie asertywność ma poziom depresji Morza Czarnego z okazji 2013 roku mówię delikatnie acz stanowczo: dajcie mi święty spokój. Nie moja piaskownica, nie moje zabawki.

poniedziałek, 8 października 2012

Sondaż prawdę Ci powie? Żart

Żeby już nie przytrafił się żadny nudny weekend, trzeba jak się umie starać się, żeby w serwisach pojawił się jakiś trup. I najlepiej jakieś skopane dziecko przez tatusia. Co?! Że nic takiego nie ma?! A co mnie to k…. obchodzi, z czego mam zrobić blok?!
Na szczęście tak zdesperowanym wydawcom na ratunek przychodzą sondaże opinii publicznej. Kiedyś charakterystyczne jedynie dla stricte przedwyborczej rzeczywistości – dzisiaj dzielą i rządzą każdego dnia. Niezależnie od politycznej aury.
I ów sondaż stał się rzeczywiście wybawieniem minionego weekendu, podczas którego żaden skandynawski wojownik o prawdę nie zastrzelił kilkudziesięciu osób, nie wyszła na światło dzienne tajemnica żadnego ojca przetrzymującego od 20 lat swoją córkę-kochankę, a wojaże i związane z nimi przygody Katarzyny W. już przestały interesować społeczeństwo, które uparcie najchętniej kupuje gazetę Fakt. Ale za to jest sondaż i to sensacyjny! Po latach na czele nie ma Tuskowej partii a jedynie słuszne ramie prezesa Kaczyńskiego. I weekend gotowy. Kolejni goście w studiach, dywagacje tak naprawdę nie mające żadnego sensu i pełen wachlarz spekulacji.
Już co poniektórzy publicyści mówią o przełamaniu w polskiej polityce, o końcu marketingowej zasłony Tuska. Teraz Polacy w końcu przejrzą na oczy i zrozumieją, jak naprawdę źle im się żyje – tylko dzięki jednemu sondażowi.
Tymczasem ja z kolei uważam (na serio abstrahując od wyników danych sondaży), że warto przyjrzeć się samym sondażom, które – wedle mojej opinii – stały się niczym więcej, jak tylko kolejnym, unowocześnionym narzędziem marketingowym, który służy tak jak wszystkie inne: do manipulacji.
Najlepiej tę sytuację porównać do skomplikowanych skądinąd kwestii giełdowych. Tam rynek spekulacją stoi. Specjaliści od takich technik żyją w luksusach. Mimo, że nienawidzi ich cały świat, mimo, ze ich działania są nielegalne, tylko że bardzo trudno je udowodnić. Ale informacja poszła w świat, przyniosła określone efekty, wcześniej zamierzone. Wszystko się zgadza i wszyscy są szczęśliwi.
Więc dla mnie sondażowa ruletka nie różni się niczym od giełdowych spekulacji. Politycy mają o czym gadać, niektórzy pewnie się z tego cieszą, bo tym samym nie gadają o tym, o czym akurat powinni. Dziennikarze też zajęci – obrabiają sondaż z lewa i prawa. Grupę beneficjentów poszerza (chociaż tak naprawdę właśnie tworzy) dane biuro badania opinii publicznej. Znowu zarobione pieniądze. Te i następne. Bo przecież za chwilę znowu ktoś zleci sondaż, żeby zobaczyć, czy uchwycone ostatnim razem tendencje utrzymują się, zmieniają, a może doszło jeszcze inne zjawisko.
Co z tego, że ten kolejny sondaż może diametralnie różnić się od wcześniejszego? Człowiek zmienia swoje zdanie. A co się stało kilka lat temu, kiedy przed wyborami można było mówić o kompromitacji biur badania opinii, gdyż wypracowane przez nie sondaże diametralnie (kilka punktów procentowych) różniły się od rzeczywistych wyborów? Czy to coś zmieniło, zraziło nas do sondaży? Absolutnie nie. Bo tak gdzie potęga pieniądza, tam palce same układają się na ustach…

środa, 3 października 2012

Wykształcenie wyższe nie jest obowiązkiem

Ostatnio w mediach pojawiły się wypowiedzi akademickich profesorów, którzy w niewybrednych słowach oceniają poziom szkolnictwa wyższego w naszym pięknym kraju.
Dorzucę coś od siebie, bowiem życie tak się ułożyło, że byłem na trzech uczelniach. Zaocznie.
Na początek jednak uwaga: nie chce generalizować, pewnie w Polsce nie brakuje uczelni, gdzie do wykształcenia i samych studiów podchodzi się poważnie, ale są one i tak w zdecydowanej mniejszości.
Prawda jest taka, że obecnie student zaoczny chcąc nie kończyć studiów musi się bardzo postarać. Naprawdę bardzo. Weekendowe zajęcia, zazwyczaj weekendowe podejście wykładowców. Egzaminy to w większości farsa, przy której wielu przydają się umiejętności nabyte w podstawówce i gimnazjum – teraz ściągi komórkowe są chyba na szczycie.
Wszyscy wiedzą, że to paranoja lekka. Ale nikt się nie wychyla, bo tak naprawdę układ pasuje wszystkim. Młody człowiek wszak ma wyższe wykształcenie, odpowiedni wpis do CV i jakieś mocniejsze wejście na rynek pracy (gorzej jak dochodzi do rozmowy kwalifikacyjnej i trzeba się odezwać). Jest zadowolony. Uczelnia też. „Wydała” na świat kolejnego bystrzaka, a kasa się zgadza. Ten człowiek to również żywa reklama – powie kumplom, ze w tej szkole jest luz, trochę trzeba chodzić, ale to wszystko.
Moim zdaniem problem jednak nie leży w samej strukturze, czy „mentalności” studiów zaocznych. Źródeł intelektualnego bałaganu należy szukać gdzie indziej. Wcześniej. Wystarczy spojrzeć na próbne testy z matury z matematyki. Tam chcemy się pytać o krok oficjalnie dojrzałych uczniów o to, ile będą kosztować spodnie po podwyżce 30-procentowej, skoro przed nią kosztowały dajmy na to 130 zł. I są cztery odpowiedzi. Bo to test.

Dla mnie to śmieszne i przerażające jednocześnie. W takim razie, by uwiarygodnić swoją dbałość o wykształcenie społeczeństwa resort powinien na maturze z matematyki sprawdzać tylko dodawania i odejmowanie. A potem niech się na studiach zaocznych męczą z takimi „mózgami”.
Na studia, po szkole średniej, wcześniej gimnazjum i podstawówce, trafia masa po prostu ludzi głupich, cwaniaków, którzy potrzebują tylko jedno: papier. To ludzie nie potrafiący się wysławiać, na jakikolwiek temat, ze znikomą najczęściej wiedzą o świecie i swoim kraju. Nie wierzycie? Zróbcie test. Niech 19-latek powie Wam, kto był pierwszym prezydentem Polski (PRL) po 1945… Uwaga: odpowiedzi mogą Was zniszczyć…
Czy to wina nauczycieli, ze tym młodym zniknęło gdzieś powołanie? Za 1200 zł miesięcznie, bojąc się czy jakiś uczeń nie ma złego dnia i na przykład nie wsadzi kosza na głowę? A co z rodzicami? Co z naszą obecną przestrzenią, wypełniona androidami, facebookami, warcraftami i programami o nastoletnich ciążach na antenie telewizji znanej sprzed lat tylko i wyłącznie z muzyki?
Prawda jest taka, że rozwój cywilizacyjny ogłupia jednostkę. Poprośmy teraz początkującego dziennikarza o napisanie tekstu do 3000 znaków, za trzy godziny ma być gotowy. Z jednym „ale”. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych. I co? Nagle naturalne dla człowieka cechy zamierają. Następuje paraliż. Bo zewsząd jesteśmy otoczeni narzędziami, które nas wyręczają, no to po co się wysilać? Po co młody człowiek ma czytać? Ściągnie na torrencie film i po sprawie.
Tacy właśnie ludzie trafiają na zaoczne studia i nie są bynajmniej dla uczelni kłopotem. To dla nich zbawienie. Pal licho ich zacofanie i głupotę. Ważniejsze, że przynoszą ze sobą żywą gotówkę. A też pewnie będą mieli sporo poprawek – dodatkowa kasa.
Jeszcze 20-30 lat temu wyższe wykształcenie to było coś. Obecnie spowszedniało. Podobnie jak samo sformułowanie „dziennikarz”. Sad but true.

Logika umyka razem z dymem

Wyobraźmy sobie dosyć jednak typową sytuację: z naszym życiowym partnerem decydujemy się na zakup samochodu. Zanim postawimy nasze stopy za progiem mieszkania, szukamy w necie dobrego komisu, skąd klienci wracają po prostu zadowoleni. Ustalamy priorytety i ruszamy w drogę.
Właściciel komisu po wysłuchaniu, czego my oczekujemy od naszego nowego pojazdu – wskazuje na trzy samochody: X, Y i Z. Zachwala każdego z nich, ale też uczciwie wspomina o mankamentach.
Więc X jest szybki, jazda nim rozluźnia, ale też łatwo przesadzić z agresją; Y z kolei też działa antystresowo, uspokajająco, tylko, że na dłuższą metę jazda nim zwyczajnie nuży. Pojazd Z jest pod tym względem najlepszy: nie ma stresu, znużenia, agresji. Bezpiecznie i spokojnie.
Patrzymy w oczy partnera. Szybko, automatycznie. Ok, to bierzemy rzecz jasna auto Z. Wtedy właściciel mówi, że to niemożliwe, bo poruszanie się tym autem po polskich drogach jest sprzeczne z polskim prawem. Ale dlaczego, skoro jest najbezpieczniejszy, najmniej szkodliwy dla środowiska etc.?
Nie mam zielonego pojęcia, też tego nie rozumiem – odpowiada właściciel, bezradnie rozkładając ręce.
Tak właśnie widzę politykę polskiego państwa względem trzech używek: alkoholu, nikotyny oraz marihuany. Od razu może napiszę, że nie będę prowadził rozmów na ten temat z ludźmi, którzy twierdzą, że zapalenie jointa skazuje na tzw. twarde narkotyki i wstrzykiwanie opiatów w żyłę. Bo to nic innego, jak obrażanie co najmniej połowy Polaków. Wszak każdy z nich wypił w życiu piwo. Czy zaraz potem szedł do kiosku po wodę brzozową? Zostawmy jednak populizm, on i tak nie jest sam w licznym towarzystwie.
Jaka jest definicja narkotyku? Moja jest prosta: narkotyk uzależnia (fizycznie, psychicznie bądź tak i tak) oraz jego długotrwałe zażywanie wywołuje negatywne skutki uboczne dla zdrowia, łącznie ze śmiercią. W takim rozumieniu zarówno alkohol, jak i nikotyna to bezsprzecznie narkotyki. Kofeina zresztą też.
Nie ma też sensu powtarzać, za WHO, czy licznymi opiniotwórczymi (przynajmniej w świecie nauki) artykułami w prasie branżowej, że marihuana jest zdecydowanie mniej szkodliwa od alkoholu i papierosów. To fakt. Z którym nawet w naszym kraju się nie dyskutuje. Czemu? Bo u nas rozmowa wygląda następująco: umawiamy się, że dyskutujemy o stoliku w biurze; pada argument o trzech, a nie czterech nogach. Druga strona w odpowiedzi stwierdza, że zmieniłaby kolor ścian. Ale mieliśmy rozmawiać o stole… Kolor jest nie do przyjęcia – argumentacja staje w miejscu i dyskusja się kończy.

Tak więc marihuana przede wszystkim nie uzależnia fizycznie, w odróżnieniu od na przykład alkoholu. Owszem, uzależnia psychicznie. Jak chociażby kawa. Co to oznacza? Czy człowiek, jak nie wypije rano tradycyjnego kubka kawy szuka sznura do powieszenia się? Ma drgawki, piana z ust mu cieknie? Nie (chociaż wszystko jest możliwe), raczej ma po prostu gorszy nastrój, co zresztą po kilku chwilach mija. Oto uzależnienie psychiczne. I jeszcze jeden aspekt: psychiczne uzależnienie kawy powoduje, że w mózgu istnieje głównie tylko jeden obraz odprężenia i wyluzowania – przy kubku. Tak samo jest z marihuaną.
Nie ma sensu także powtarzać katastrofalnych wpływów alkoholu i papierosów na ludzki organizm. Marihuana zaś nie dość, że szkodzi zdecydowanie mniej, to jeszcze bezczelnie pomaga. I to na wiele schorzeń. Dlatego np. w Hiszpanii ludzie cierpiący na chroniczny ból mogą oficjalnie rezygnować z rujnującej wątrobę morfiny i sobie w zamian zapalić. Cierpienie mija, wątroba nienaruszona.
Nie to jest jednak ciekawe. Najbardziej interesujące jest to, że wydawać by się mogło ludziom stojącym na czele kraju nad Wisłą nie brakuje IQ, rozsądku, czy umiejętności logicznego myślenia. Znają więc te wszystkie dane. Ale uparcie wsadzają za posiadanie nawet najmniejszej ilości marihuany do więzienia, jednocześnie pozwalając, żeby 18-letni człowiek kupił w sklepie pół litra spirytusu za 20 zł, zrobił z niego litr mocnego alkoholu i wypił duszkiem, następnie zapaść i bilet w jedną stronę. To każdy pełnoletni może zrobić, w świetle prawa. Broń Boże, żeby w kieszeni miał kilka gramów pochodzącej od Natury roślinki.
Na pierwszy rzut oka widać, że tutaj logika zdecydowanie obróciła się plecami i zaczyna odchodzić w siną dal. Czy można jakoś wytłumaczyć takie zachowanie włodarzy? Można.
Są dwie możliwości. Po pierwsze tradycja i strach przed nowym. Ściślej: strach przed tym, co na to powie właśnie tradycyjny, wpatrzony w krzyż elektorat. Po drugie: gospodarcze lobby. Wyobraźmy sobie bowiem, że w Polsce nastają Czechy i każdy może sadzić do pięciu krzaków. Oczywiście w pierwszych miesiącach nasz kraj zamienia się autentycznie w zieloną wyspę. Automatycznie spada ilość spożywanego alkoholu i papierosów też. Drogowcy się cieszą, bo liczba wypadków i kolizji drogowych też poleciała na łeb i na szyję. Kto się martwi? Producenci alkoholu i papierosów. Zwłaszcza ci pierwsi mają przechlapane, straty idą w miliardy. Więc może po prostu logikę z rozważań na temat marihuany wygania odpowiednie lobby? Podobnie, jak to w USA, które co chwila sprzeciwia się liberalizacji prawa – bo tam większość więzień to prywatne biznesy. A taki biznes bez więźniów nie ma przecież sensu. Kółko się zamyka. Tutaj jest podobnie.
Tymczasem pseudoliberałowie (pewnie jakby Mills słyszał jak Tusk mówi o sobie: jestem liberałem, to by się po prostu przewrócił. Ze śmiechu) nie widzą w tym wszystkich szansy. Również dla gospodarki.
Wystarczy przejąć przez państwo wszelkie uprawy i hodowle (nasze gleby nadają się do tego zdecydowanie lepiej niż holenderskie), usankcjonować handel, nałożyć akcyzę. I tyle.
Ale w Polsce wolimy żyć w zliberalizowanym kłamstwie i obłudzie. W tradycyjnym, upitym społeczeństwie, gdzie widok kompletnie pijanego człowieka de facto nie wzbudza żadnej reakcji, za to człowiek z jointem w ręku – już tak. Bo on jest pewnie nieprzytomny i z kieszeni wyciągnie CKM (nie chodzi o pewien prasowy tytuł), albo F16.
Czy jest szansa, że owa spirala kłamstwa się skończy? Nie, dopóki politycy (niezależnie od przynależności partyjnej) będą nadal kibicować społeczeństwu zamkniętemu, wiernemu swoim tradycjom. I tylko swoim. W strachu przed reakcją na nowe i „co z ambony powiedzą”.
Lepiej wlewać w siebie – zgodnie z prawem – litry alkoholu. Awanturować się potem w domu, potem kolejna „setka” na rozruch i do samochodu. Lepiej rzeczywiście tak, ku uciesze alkoholowych baronów.

wtorek, 2 października 2012

Marketingowy majstersztyk

Pamiętam swój chrzest. Niesamowite? Nie do końca. Miałem 8 lat, tuż przed komunią świętą, której nie mogłem otrzymać bez chrztu właśnie. A tegoż nie miałem bo moi rodzicie nie mają ślubu kościelnego. Kościół więc wini za to nową owieczkę i nie oblewa ją wodą.
Wreszcie po jakiś administracyjnych zabiegach Michał Tabaka zostaje ochrzczony. Zawsze byłem wysoki jak na swój wiek, a wtedy trafiłem na mniejszej postury księdza, który konewkę z wodą trzymając musiał wspiąć się na palce, co by mnie oblać (znaczy się zmyć grzech główny).
Teraz, jako ojciec dwóch synów, reaguje na chrzest dosyć agresywnie. Dlaczego? Bo to marketingowy majstersztyk, z pominięciem jednego z filarów chrześcijaństwa – wolnego wyboru.
Bo czy ktoś pyta noworodka, czy chce być członkiem tej wspólnoty. Nie, wszak decydują za niego rodzice. Ci zaś często boją się po prostu społecznego odium: co ludzie powiedzą?

Taktyka Kościoła w sprawie chrztu mnie tak bardzo nie dziwi. To nic innego jak element wielkiej strategii, żeby przynajmniej statystyka była po ich stronie. Jakie przykłady? Proszę bardzo.
Kto z Was czytał Stary Testament? A tam dekalog? Proszę sobie wydrukować. Potem wydrukować te przykazania obowiązujące. Widać różnicę? Ano widać. Z oryginalnego składu przykazać zniknęło to zabraniające modlić się (do jakiegokolwiek boga!) na ziemi, w wodzie i w powietrzu. A jak się coś wyrzuca, to powstaje deficyt. Ale temu Kościół też zaradził. Efektem jest dziesiąte przykazanie, które samo w sobie nic nie znaczy: „ani żadnej rzeczy jaka jego jest”. To nic innego jak podzielnie, „na siłę” ostatniego przekazania, żeby jednak było ich 10 i żeby zlikwidować ów deficyt.
Dla mnie to nic innego jak manipulacja, jak zapisywanie do swoich szeregów bez pytania o zgodę.
Tak właśnie widzę Kościół. Jako ateista niekiedy zazdroszczę łaski wiary. Uważam bowiem, ze ludziom naprawdę wierzącym żyje się łatwiej. Mają bowiem nadzieję. Nadzieję na życie pozagrobowe, na spotkanie z bliskimi. Ateista tego nie ma. Tyle, że Kościół tworzą ludzie. Mogą spotkać się na leśnej polanie i wspólnie starać się rozmawiać z Bogiem. To też będzie dla mnie Kościół. I zdecydowanie bardziej prawdziwszy od tego w marmurowych ścianach, z niepłaceniem podatków od nieruchomości, z kreowaniem rzeczywistości (również politycznej) z ambony.
Dzisiaj Kościół musi przede wszystkim zrozumieć, że czasy taniej jednak manipulacji bezpowrotnie mijają To jeszcze działa, ale pole rażenia jest coraz mniejsze. Jaka rada? Najtrudniejsza: uczciwość.
Kurczę, znowu jestem naiwnym idealistą…

Dbają o dzieci. Które?

Kolejny raz rozgorzała (rzecz jasna podsycana jedynie powodami politycznymi) dyskusja na temat aborcji w pięknym kraju nad Wisłą. Jedni są za liberalizacją istniejących przepisów, drudzy wręcz przeciwnie. Fundamentem sporu niezmiennie jest to, czy mówimy o zarodku, który już jest człowiekiem, czy dopiero się stanie.
Jak zwykle (bo też który już raz o tym dyskutują, bez jakiegokolwiek efektu, poza marnowaniem nerwów i… powietrza) w temacie głównie wypowiadają się panowie – mający prokreacji i samej ciąży niewątpliwie doświadczenie.
Rzecz jasna, by dyskusję mocno ubarwić, nadaje się jej sens światopoglądowy, by przynajmniej jedna ze stron konfliktu mogła mieć w swoim orężu taką broń, jak moralność, czy etyka.
Przykre w tym wszystkim jest to, iż ci wszyscy politycy wykazują niesamowite zainteresowanie dziećmi. Tyle, że nienarodzonymi. Tymi już na świecie – zdecydowanie mniej.
Wydaje się, ze te proporcje powinny być przynajmniej zrównane – ale to chyba kolejny dowód na moją naiwność.

Stając po jednej ze stron konfliktu od razu jest się narażonym na epitety: od syna Szatana, przez „czerwonego”, „masona” i w końcu „żydokomunę”. Nie to jednak jest najsmutniejsze, a to, że państwo zamierza być zbiorowym sumieniem swoich obywateli. To znowu państwo ma decydować, co jest dobre, co złe, co moralne, a co nieetyczne. My – obywatele, niczym bezrozumne cyborgi mamy wypełniać reguły stworzone przez partie.
Aborcja zawsze pozostanie tematem trudnym, przede wszystkim dla kobiet. Bo nie jest tak, jak być może niektórzy smutni panowie pod krawatem myślą, ze kobieta decydująca się na usuniecie ciąży idzie do lekarza z uśmiechem na twarzy i bez jakichkolwiek, wewnętrznych rozterek. To zawsze decyzja arcytrudna, z olbrzymim bagażem emocjonalnym.
Ale wolimy nad tym się nie zatrzymywać, za to decydować za kogoś. Zgodnie z zasadą: kto przeciwko nam – ten nie ma racji. To smutne. Po prostu.

Ciemna strona edukacji

Jest taka ochota w ludziach, żeby zmieniać, żeby to co już jest zastępować (niekiedy na siłę) czymś nowym, niekoniecznie lepszym. Ale nowszym. Dla tych ludzi najważniejsza jest zasada: to co stare – to jest złe. Obojętnie czym to coś zastąpimy – i tak będzie lepsze, bo nowsze.
Takie właśnie myślenie (nie wiem, czy to przypadkiem nie zbyt duże słowo w tym kontekście) musiało towarzyszyć tym, którzy lata temu zdecydowali się przeprowadzić reformę oświaty.
Ich decyzję spowodowały, że 13-latek po ukończeniu szkoły podstawowej czuje się już bardzo dorosły i już na kolejny szczebel edukacji – gimnazjum wspina się z arcyważną miną i przeświadczeniem, że teraz wolno mu wszystko. Najlepiej o tym wiedzą nauczyciele z gimnazjów.
Ja sam byłem niepokorny (chyba jestem tutaj zbyt delikatny) – co też pewnie doskonale pamiętają moi nauczyciele – zwłaszcza ze szkoły podstawowej. Mieli ze mną krzyż pański. Wiem. Ale wiem też, że mimo chamskiego wyszczekania nigdy nie pozwoliłby sobie na zachowania, które dzisiaj stały się tzw. „normą”. To zaś tylko i wyłącznie – moim skromnym zdaniem – wina owych reformatorów.
Dzięki temu właśnie teraz mamy nauczycieli (mówią, że bez powołania, a ja nie wiem dlaczego tak mówią) zarabiających jak kot napłakał i mających do upilnowania (o wychowaniu nikt już nawet nie przebąkuje) bandę rozwydrzonych „dorosłych”. Dla których w niektórych przypadkach sami rodzice już nie są żadnym autorytetem. Bo nie potrafią? Nie. Bo wracają po pracy o godz. 18-19 i zanim zjedzą obiad jest już po 20. A dzieciak wtedy jest na Facebooku…

Reformatorom nie przyszło swego czasu do tych mądrych głów, by jakoś doraźne zadbać o wychowanie i pewną tez przy okazji otwartość młodych ludzi. Po co lekcje etyki, czy filozofii. Tutaj z kolei kłania się w pas polski klerykalizm i strach przed tym, co na danym temat (pomysł) powie pan z białym kołnierzykiem u szyi.
I taki mamy właśnie dzisiaj efekt: 16-letnich absolwentów gimnazjów, którzy w większości mają już za sobą ten pierwszy raz (niektórzy z wieczną pamiątką tego wydarzenia), którzy w 2 minuty wytłumaczą mi nowe aplikacje na Androida, czy Mobile Windowsa, ale którzy jednocześnie robią maślane oczy niezrozumienia na słowo Kafka, Dostojewski, Hłasko. To ludzie, którzy prześcigają się w prędkości wysyłanego sms-a, ale nie maja zielonego pojęcia, jakie miasto jest stolicą Islandii.
Pamiętacie bijące rekordy popularności filmiki na Youtube o intelektualnych walorach co poniektórych młodych Amerykanów. Którzy słysząc, że „Turkey” to państwo, a nie podawany w Święto Dziękczynienia ptak.
Sam dosłownie wyłem ze śmiechu oglądając te nagrania i nie potrafiąc za Chiny ludowe zrozumieć, jak można być aż takim ignorantem, aż tak zbliżyć swoje IQ do tego, które ma lodówka.
Teraz ten śmiech nieco zamiera w gardle. Bo pojawia się coraz więcej tak „rozgarniętych” Polaków, absolwentów, a także studentów, którzy tak naprawdę powinni zakończyć edukację na wykształceniu podstawowym. Ale jest kasa, są studia zaoczne, tam zaś najczęściej patrzą na czesne a nie na oceny – no i jest dyplom, jest wyższe wykształcenie, GUS może znowu podać super dane o mądrym społeczeństwie. To, że połowa z tych mądrych to po prostu debile, nie mający w życiu jednej książki w ręku – to już nie objęty działaniami marketingowymi szkopuł. Tylko, ze ten szkopuł zacznie w końcu nas uwierać… Prędzej niż przypuszczamy.

Pokolenie rozdarte epokami

Dziwne czasy nastają, albo też z dziwnego pokolenia pochodzę… I chyba racja jest i tutaj i tutaj….
Bo to jest pokolenie trochę eksperymentalne, trochę rozszczepione na części. Przy czym jedna z nich została w czasach tzw. socjalizmu realnego, a druga rozpościera się (trochę na wyrost napisane, ale trudno) w dobie kapitalizmu.
Do końca przedszkolnej przygody miałem pół roku, kiedy widziałem w oczach Matki popłoch i przez kogoś rzucone: „czołgi na ulicy…”. Szkołę podstawową (jeszcze w tym starym systemie, który nie powodował, że dzieci w wieku 13 lat są już absolwentami i na siłę demonstrują swoją „dorosłość”) rozpoczynałem więc w tle stanu wojennego – kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy.
Kiedy tę samą podstawówkę kończyłem było już po wyborach 4 czerwca 1989 r. Pamiętam wtedy swoje pierwsze próby poetyckie. Rymy skupiałem na… generale Jaruzelskim, którego zresztą osobiście poznałem wiele lat później (ale to osobna historia).
I dalej niczego nie rozumiałem. Ale to chyba nie było spowodowane ewentualnym brakiem zrozumienia, jak bardziej zupełnym brakiem refleksji nad tym, co się akurat działo.
Potem nastały bodaj najszczęśliwsze lata – lata liceum (tutaj pokłony dla katowickiego Mickiewicza). Nie żebym propagował coś złego, ale też nie jest tajemnicą, co robią chłopcy w wieku 16, 17 lat. A że ja to robiłem ciut częściej i intensywniej? Bywa. Takie życie.
Pierwszym, naprawdę odczuwalnym sygnałem zmian był… sklep Future, przy Skargi (dzisiejszy EMPiK). Wtedy, gdy naprawdę mleczną czekoladę znałem jedynie z kolonii w NRD, wizyta w sklepie, gdzie człowiek mógł wszystko kupić (po spełnieniu banalnego warunku: zasobnego portfela), była wielkim wydarzeniem. Koloryt produktów po prostu był przygniatający. A może bardziej – na zasadzie kontrastu – nagle uwidoczniła się dotychczasowa szarość dnia codziennego.


Wolnorynkowa gospodarka po wczesnych narodzinach zaczynała powoli raczkować. Niektórzy z mojego pokolenia wykorzystywali szanse – zgodnie lub niezgodnie z prawem – i dorabiali się pieniędzy. Innym znalezienie się w nowych realiach zajmowała więcej czasu, niektórzy nie potrafią tego dokonać do dzisiaj.
Jeszcze przed maturą zacząłem co nieco rozumieć, kojarzyć. Lekcje historii były coraz odważniejsze. Bez dwóch zdań identyfikowałem się z postulatami sprzed lat. Zwłaszcza rozumiałem stoczniowców walczących m.in. o wolność słowa. Być może nie rozumiałem do końca jeszcze wagi znaczenia tegoż, ale… dojrzewałem.
I niby wszystko było fajnie. Nowe sklepy, kolorowe ciuchy, z kasą ciut cienko, ale jakoś się dało. Scenę polityczną obserwowałem sporadycznie, wyłapując przede wszystkim ludzi charakterystycznych – jak pewien pan, minister, z nieodłącznym termosem pod pachą. I dalej: studia, ale stosunek do rzeczywistości… seksualny – jak powiedzieliby dzisiejsi nastolatkowie.
W końcu pierwsze próby dziennikarskie i siłą rzeczy skierowanie zainteresowania na politykę. Najpierw lokalną, potem regionalną, w końcu ogólnopolską i światową. I pierwsze wybory – użyję sporego słowa – ideologiczne. Wybór determinowany też wydarzeniami politycznymi i bardzo szybko roztrwonieniem przez szeroko rozumiany obóz prawicowy idei Solidarności. Zaczęły się podziały, kłótnie. Znamy to doskonale dzisiaj.
I nagle ludzie, którzy na bramie stoczni (i nie tylko) tak odważnie walczyli m.in. o wolność słowa, te wolność zaczęli sekować. Mam ostatnie naście lat i zaczynam dobitnie rozumieć, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia…
Wolność słowa nie była już tak ważna. Podobnie jak teraz. Kiedy dalej obowiązuje Prawom Prasowe z 1984 r. (co z tego, że wielokrotnie w ciągu następnych lat modyfikowane, skoro w istocie jest po prostu przestarzałe i nijak pasujące do obowiązujących realiów), kiedy obowiązuje art. 212 kodeksu karnego – pozwalający wsadzić do więzienia za zniesławienie za pomocą słowa.
Myślałem, że „Solidarności” chodziło o wolność rodem z liberalizmu, ze to jednostka w końcu ma decydować, co robi, gdzie je, co kupuje, co czyta i ogląda. Państwo nie powinno zaś w tej mierze jednostce przeszkadzać, raczej umożliwiać rozwój. Byłem naiwny.
Bo teraz politycy każą mi decydować, żeby na przykład jakieś książki nie wydawać, by jakiś film nie był emitowany, jakaś gwiazda rockowa nie występowała. Bo to – wedle nich – złe, amoralne i destrukcyjne. Nagle ci, którzy walczyli, by za nich nie decydowała władza – sami zaczęli decydować. I teraz niby wszystko jest ok.
Więc powiem Wam, że nie jest ok. Że ja – przedstawiciel rozszczepionego epokami pokolenia mówi Wam: nie idźcie tą drogą, niech walka o polityczne stołki nie przyćmiewa tego najważniejszego: że to służba dla kraju i Narodu, jakkolwiek naiwnie i patetycznie to brzmi.
Czy to coś da? Absolutnie nie. Dla mnie niestety jest już jasne. Trzeba kolejnej zmiany pokoleniowej, zmiany w mentalności. Byle te następne pokolenie nie było już takie rozdarte, o co również sami musimy zadbać.